jutro!

klade Szkraba spac. niby jeszcze maly chlopczyk, ale juz taki dlugi, silny, juz bez dziecinnego tluszczyku, ktory tak u niego lubilam glaskac i mietosic. wzdycham, ze taki juz duzy, ze chyba juz niedlugo mu wasy zacznac rosnac… Szkrab kontynuuje: i bede sie golil… Pytam wiec Szkraba, jak myslisz, kiedy, ci te wasy zaczna rosnac? Jutro, spokojnie odpowiada Szkrab:)

 

bywa tez mniej spokojnie…

siedzimy przy stole, a Szkrab powtarza jak nakrecony pelna forme: wtf? wtf? wtf? wtf? mialam nadzieje, ze mu sie znudzi jesli nie bedziemy reagowac, wiec rozmawialam z Bizonem, udajac, ze nie slysze tego wtf. ale luby nie wytrzymal i mowi: jeszcze raz uslysze brzydkie slowo, idziesz zalozyc pizame i do lozka. na to Szkrab zaczyna identycznym tonem jak mowil wtf: ”what???”….  i zawiesza glos…

nie udalo sie nam zachowac kamiennej twarzy… czasami sie nie da. i dobrze, bo obiad zakonczylismy na wesolo.

 

co do brzydkich slow, po religii ksiadz opowiadzial, jak omawial przykazanie ”nie bedziesz bral imienia Pana Boga swego nadaremno”. Bizon sie zglasza: moja mama NIGDY tak nie mowi (= nie uzywa imienia Pana Boga naderemno), moja mama mowi albo ”shit” albo ”fuck”. no to juz ksiadz i wszyscy rodzice wiedza;)

 

a po szkole nauczycielka Szkraba skarzy, ze dzieci jej naskarzyly, ze Szkrab uzywa brzydkich slow. nie wiem na co liczyla, ze bede zaskoczona? nie bylam. ja wiem, ze Szkrab uwielbia zwracac na siebie uwage i jak sie inaczej nie da, przeklina. jednak w domu ”shity” i ”fucky” zdarzaja sie bardzo sporadycznie, czesciej mowie sobie ”kurcze”, luby ”kurde” (tak, po polsku;)), ale tych slow Szkrab jakos nie podlapal. on podlapal wulgarne przeklenstwa w. jezyku niderlandzkim i z pewnoscia tych przeklenstw w domu nie slyszal. krotko i zwiezle powiedzialam nauczycielce: wiem, ze Szkrab lubi przeklinac. niestety w szkole sie tego nauczyl, bo ani ja, ani maz tych slow, ktore lubi Szkrab, nie uzywamy. nauczycielka nie wiedziala co powiedziec. ja tez nie, bo wszystko co na ten temat mysle powiedzialam….

 

zart z czasu

wpadlam w sobote do polskiego sklepu i zanioslam stosik przeczytanych ksiazek – bo ksiazki czytac lubie, ale kolekcjonowac juz nie. jak cos raz przeczytam, to na 99% juz do tego nie wroce, wiec ksiazki albo oddaje przyjaciolom albo do polskiego sklepu, gdzie stoja sobie na poleczce i sa ”do wziecia”. 

porzadkowalam sypialnie i zebralo mi sie tych ksiazek sporo. kolazenka, wlascicielka sklepu wzdycha: ”o matko, ze ty masz czas czytac, ja nie mam!”

jeszcze 2 lata temu pomyslalabym, ze to dlatego, ze ja ”siedzialam” w domu, a kolezanka 4 razy w tygodniu sprzedaje w swoim sklepie i raz w tygodniu robi zamowienie – do ksiegowosci ma pania. ale teraz sie zdziwilam, bo jednak teraz to ja wyrabiam wiecej godzin, moj maz obiadow nie gotuje (a jej tak), gotowcow tez nie mamy w zwyczaju zamawiac (a ona tak), jakos tak to jest, ze wolimy kuchnie domowa i juz. ale nic nie powiedzialam, bo licytowanie kto mniej czasu i wiecej pracuje dziala mi na nerwy.

ksiazki ulozylam, zakupy zrobilam, jestem przy kasie, a kolezanka pyta, czy bym nie wpadla wieczorem, bo u niej babska impreza. a ja, spontanicznie palnelam ”ze ty masz czas na imprezy, ja nie mam”. 

i zaczelysmy sie smiac. dobrze, ze kolezanka ma poczucie humoru i wie, ze ja tak niezlosliwie to palnelam;)

i znow doszlam do wniosku, ze czasu na wszystko to nikt nie ma, ale kazdy moze znalezc czas na to, na czym mu zalezy:)

 

droga klientka:D

moja ubezpieczalnia bardzo w tym roku na mnie, jako swojej klientce, ucierpi;) bo sie sypie…

dzis poszlam do dentysty, a pani dentystka mowi: o, fibroma na policzku, nic groznego, ale trzeba usnac, bo widze, ze to gryziesz. gryze, gryze, czasami jak sie ugryze przy zuciu gumy, to mi oczy z orbit wychodza. dostalam skierowanie do naszego szpitala i w marcu usuna mi guzka z wewntrzenej strony policzka.

wczesniej usuna mi tluszczaka z ramienia.

od dermatologa dostalam skierowanie na terapie laserowa, choc nie bardzo wie, co to za cholera mi twarz neka. swoja droga, usmialam sie z przekasem, bo na ostatniej wizycie kontrolenej powiedzialam, ze antybiotyk pieknie wyleczyl mi tradzik (ktory akurat tak srednio mi przeszkadzal, bo nie byl zbyt intensywny), ale ze to z czym przyszlam, czyli malutkie krostki, rozsiane kolo nosa i z tylu policzkow dalej sa. dermatolog przyznala mi racje, ze widzi te krostki, ale nie wie co zn imi zrobic, wiec zawolala profesorke. dla profesorki moje krostki to tez misterium, az w koncu spytala: a czy pani te krostki az tak bardzo przeszkadzaja??? tak, przeszkadzaja. bo codziennie nakladam na twarz tapete, a strasznie tego nienawidze. marzy mi sie chodzenie bez retuszu, ale nie potrafie przyjsc do pracy z czerwona geba. nooo tak…. pokiwala glowa profesorka…. widzialam, ze dermatolog, bardzo zadbana, atrakcyjna pani, doskonale wiedziala, o co mi chodzi. pani profesorka, wygladajaca jak z dowcipu zywcem wzieta, szare wlosy, szara cera, zero najmniejszego sladu makijazu, zero kobiecosci nie bardzo zaskoczyla o co mi idzie. ale w koncu wyslala mnie na lasery… zobacze, co z tego wyniknie.

zeby ubezpieczalnie dobic, chyba znow zaczne jednak nekac laryngologa, bo zatoki, po odstawieniu antybiotyku, niestety zaczynaja szalec. 

jeszcze na wszelki wypadek o psychiatre zahacze, bo moze to wszystko hipochondria?;)

wredna, chora czy i jedno i drugie;)

dawno temu czytalam artykul o ludziach, ktorzy nie moge zniesc pewnych dzwiekow i ze jest to choroba. choroba moze byc lagodna, kiedy czlowieka denerwuja jakies 1-2 konkretne odglosy, ale moze byc tez skrajna, tak, ze kazdy odglos pochodzacy od drugiej osoby, z ulicy, ogrodu wneria na maksa. 

niestety, i ja to mam;)

wlasnie ucieklam do jadalni przed lubym, ktory je winogrona. no nie moge sluchac, jak te winogrona trzaskaja mu w zebach, jak wsysa sok, jak przelyka:/ wrrrrr…. moze gdybym ogladala jakis film i dzwieki pochodzace od lubego bylby zagluszone przez inne dzwieki, byloby mi latwiej. ale wlasnie nadrabiam wolne popoludnie, czyli znow poprawiam artykul, na dodatek mam dwie wersje, bo juz inny lekarz dolozyl swoje komentarze do pierwszej wersji mojego studenta, wiec skacze zjednego pliku do drugiego i w koncu do swojego, w calym domu cisza, tylko luby mi chrupie winogronami.

probowalam to ignorowac, udawac, ze nie slysze, probowalam sie przekonac, ze przeciez za chwile skonczy, ale niestety, moj system nerwowy nie wytrzymal, gdy luby zaczal zmieniac pozycje na kanapie, trac nogami o te kanape. a ze kanapa jest skorzana, to znow zaczely sie ”tarciowe” odglosy. i zwialam. 

jak dobrze, ze tak latwo wziac laptopa pod pache i uciec do pokoju obok. ale troche mi zal, bo jednak lubie posiedziec u boku lubego…

siedze z wyrzutem sumienia, wene do artykulu stracilam i mysle, czy ja zwyczajnie wredna jestem, czy psychika mi siada….

jesli to jest choroba, to genetyczna, bo moja mama ma podobnie: przy niej nie mozna jesc np. jablka, bo tak wnerwia ja chrupanie…

________________

o tym, ze chyba system nerwowy mi siada przekonalam sie podczas rezonansu magnetycznego. odglosy, ktore towarzysza temu badaniu sa tak potwornie glosne (i wnerwiajace), ze po wyjsciu z tuby mialam ochote nakrzyczec na kazda napotkana osobe, a pozniej powyc sobie…. po godzinnym badaniu, zupelnie bezbolesnym, bylam tak wymeczona (psychicznie), ze doszlam do siebie dopiero na drugi dzien i jeszcze opryszczka mi wyskoczyla.

starosc nie radosc… 

sakramenty i otoczki

poszlam z Bizonem na katecheze: on do salki z dziecmi i ksiedzem, ja do salki z rodzicami, na kawe. jedna pani pyta, czy juz wszystko mam. ja… sie zacukalam, mysli przegalopowaly mi przez mozg ”co ona ma nam mysli?!?!??!”. w koncu glupio zapytalam ”ale co mam?”. pani na to, no do komunii. to ja jeszcze glupiej ”no…. a co trzeba miec?” . jak ciemnota jakas sie zachowalam, bo pani od razu wyrecytowala: zaproszenia, fotografa, prezenciki dla gosci (”na allegro mozna bylo wybrac cudowne gipsowe aniolki, w folie zapakowane, z pieknymi wstazeczkami, mozna sobie bylo kolor tych wstazeczek wybrac”, itd. itd.), buty, albe i cos tam jeszcze bylo, nie wiem co, bo sie wylaczylam na czas monolgu tej pani, a ja juz skonczyla, to powiedzialam, ze garnitur mamy, a gosci przez telefon zaprosilam, bo to tylko najblizsza rodzina, wiec sie w zaproszenia bawic nie bede.

”no, u nas tez najblizsza rodzina, ale z obu stron to sie 40 osob zbierze! ja zamowilam na allegro i juz powysylalam, i fotografa juz mam, i albe, i buty”…

siedze, slucham i sie zastanawiam, czy to ja taka arogantka jestem, ze nawet zaproszen nie wysylam, tylko dziadkow, brata, szwagierke i dwie kolezanki z mezami zaprosilam przez telefon??? czy moze ja taka duchowiona jestem, ze ”duch” wypiera sprawy przyziemne? 

na chwile sie sama soba zmartwilam, ze moze kiedys dzieci beda mi wypominac, ze tak po macoszemu te ich komunie przygotowuje. a moze nie?

po religii przyszedl do nas ksiadz na kolede. pogadalismy o komunii, o religii, o sprawach organizacyjnych zwiazanych z kosciolem. a miedzy wierszami ksiadz mowi, ze Bizon nalezy do tej grupki dzieci, ktore o co nie zostana zapytane, to wiedza i rozumieja. a dzis Bizona nawet potrafil wylumaczyc co znaczy przykazanie ”nie pozadaj zony blizniego swego”… no rozumie, bo kazde przykazanie mu wytlumaczylam, bo wydaje mi sie bez sensu tluczenie czegos na pamiec, bez zrozumienia. ale jednak sa dzieci, ktore 10 przykazan recytuja jak wierszyk, tyle, ze bez zrozumienia. 

kiedy to uslyszalam, uspokoilam sie: mi, osobie wierzacej w Boga, w jego przykazania, w wartosc sakramentow zalezy, zeby moje dzieci w klimatach wiary byly wychowane, a nie w klimatach „otoczki”. i nadal w glowie mi sie nie miesci, ze ktos potrafi opowiadac przez 5 minut, jakie to zaproszenia na komunie zaprojektowal, jaki byl tekst na wstazeczce, jakiego koloru byly litery na kopertach… dla mnie to nieistotne.

czarna owca

pisalam juz, ze mamy bardzo fajnych studentow: nie tylko zdolnych, pracowitych i obowiazkowych, ale tez z poczuciem humoru i kultura osobista, wiedza, kiedy nalezy o cos grzecznie poprosic, a kiedy podziekowac. z takimi ludzmi fajnie sie wspolpracuje. kiedy to mowilam szefowi, bardzo sie cieszyl, bo on sam wybiera sobie studentow na podstawie obserwacji podczas cwiczen i wykladow.

ale trafila nam sie czarna owca. bo szef jej sobie nie wybral, tylko mu ja ”biuro studenckie” zaproponowalo. 

dziewczyna jest pasywna, malo przyjazna i troche arogancka. projekt, o ktorym pisalam kilka dni temu, napisalam w koncu ja. tylko dlatego, ze mozemy zgarnac troche kasy na nasze badania. dziewczyna zero reakcji, zadnego ”ciesze sie, ze mi pomoglas” (choc nie pomoglam, tylko za nia robote odwalilam), ani razu nie zagladnela, zeby o cos spytac czy upewnic sie. a na dodatek wczoraj godzine przed naszym spotkaniem grupowym, na ktorym dwie (ambitne i pracowite) studentki mialy dac prezentacje, dostalam od niej emaila, ze nie moze przyjsc. 

nie wiem, czy inni studenci mnie ”rozpuscili”, czy jednak tak to wlasnie powinno byc, ale do tej pory, jesli ktos nie mogl przyjsc, to osobiscie przychodzil, zeby sie wytlumaczyc. nie zalezy mi, zeby ktos sie przede mna plaszczyl, bo przeciez to sa dorosli ludzie, ktorych bardzo cenie, ale mozna by uprzejmie napisac, ze np. ma egzaminy, czy ze jest chora  – reszta studentow zawsze podaje powody. z reszta, ja sama, gdy kiedys nie moglam przyjsc powiedzialam im, dlaczego mnie nie bedzie. napisalam wiec studentce dosc sucheg maila, ze te spotkania sa organizowane dla nich, studentow, w celach edukacyjnych i jednak i ja, i nasz doktor wolelibysmy, zeby studenci na nie przychodzili. 

probowalam podejsc dziewczyne sympatia, ale wiedze, ze to jednak nie moj typ i lubic sie nie bedziemy. oby skonczyla ten maly projekt i poszla sobie gdzie indziej, bo do naszej grupy raczej nie pasuje.

__________________

jutro jest deadline na abstract. wszyscy pisza, ja koryguje, doradzam, sama poprawiam, jak mi ladne zdanie, konkluzja czy tytul do glowy wpadna. ale niektorzy maja tez praktyki i egzaminy. wczoraj Rob z przerazeniem sie przyznal, ze z abstraktu jeszcze nie jest do konca zadowolony, a dzis ma praktyki na ginekologii, a jutro egzamin. obiecalam, ze doszlifuje mu ten abstract, a on zeby wpadl w wolnej chwili zobaczyc, co zrobilam. Rob jednak mowi, ze wolnej chwili raczej miec nie bedzie, bo od 8.00- 17.00 ma praktyki, a pozniej cos tam jeszcze. umowilismy sie na maile. 

nagle wpada Rob. smieje sie, ze jednak jest latwiej niz myslal, bo 1/4 pacjentek nie pozwala asystentowi (Robowi) przygladac sie badaniu ani na praktykowanie na nich. hmm… nie dziwie sie, tez bym nie chciala, zeby 23-letni chlopak mnie badal ginekologicznie;) choc na kims sie przeciez musza uczyc…

_________________

walcze strasznie z analizami statystycznymi, bo musze sprawdzac czy studenci poprawnie analizuje dane. a ja ze statystyka na bakier jestem:/ w koncu poprosilam studentow, zeby zrobili liste testow statystycznych, jakie uzywaja, zebysmy mogli ujednolicic, w miare mozliwosci, sposob naszych analiz. dzis dostaje od dwoch studentek nie tylko nazwy testow, ale tez odpowiednie publikacje, w ktorych wszytko jest ladnie wyjasnione. mam zajecie na weekend, ale… doceniam, ze dziewczyny mi tak (chyba nieswiadomie) pomogly.

ulubiony kolor szefa:D

swoja prace rozpoczelam w okresie szalu posterowego: szef i troje studentow przygotowywalo 3 rozne postery na 3 rozne konferencje. postery byly w kolorach szaro-pomaranczowych. nie bardzo mi sie ta kolorystyka podobala i delikatnie to wspomnialam studentom (szefowi zglosilam tylko, ze te postery moglyby byc weselsze). studenci powiedzieli, ze nasz doktor wybral takie kolory, to on zrobil ”layout” posterow i ze trudno go bedzie przekonac do zmian. wiec sobie dalam spokoj i tylko wiecej pomaranczowych akcentow udalo mi sie wprowadzic, zeby szarosc ozywic. po tym wstepie myslalam, ze pomaranczowy to ulubiony kolor szefa.

wczoraj zrobilam wykresy, na ktorych sa m.in. dane dotyczace dziewczynek i chlopcow. kolumny zrobilam w kolorze czerwonym i niebieskim, zeby latwiej skojarzyc plec. studentka miala dodac kilka zmiennych, dokonac dodatkowe analizy statystyczne i pokazac, co wyszlo. przyszla, pokazuje bardzo interesujace wyniki i tlumaczy sie: zmienilam ten czerowny kolor na pomaranczowy, bo nasz doktor lubi pomarancz. 

usmiechnelam sie w duchu, ze i ona to zauwazyla. 

po jakims czasie ide do szefa, zeby przedyskutowac artykul, w ktorym umiescimy wykresy. pokazuje mu te wykresy, a szef pyta: a te kolory musza byc ”takie”? smieje sie, ze Jara specjalnie dla niego ten pomaranczowy wybrala, bo to przeciez jego ulubiony kolor;)

szef rece do nieba wznosi i ze zdumieniem mowi: pomaranczowy nie jest moim ulubionym kolorem! i tlumaczy mi, skad ten pomarancz na posterach (dluga historia, wiec sobie ja daruje). 

przez szpare w drzwiach kuka niesmialo Jara, nie wie, czy moze nam przeszkadzac, czy nie. zapraszamy ja do srodka, a szef od razu wola: pomaranczowy nie jest moim ulubionym kolorem!!!”. ja i szef sie smiejemy, Jara nie bardzo wie, czy sie smiac, czy od razu kolor poprawiac, ale i ona w koncu wysluchuje historii szefa, skad sie wzial pomarancz na posterach i smieje sie razem z nami. w koncu zapomnialam szefa spytac, jaki jest jego ulubiony kolor;)

ze skromnoscia na bakier;)

na ogol slysze, ze jestem raczej skromna i taka chyba jestem i taka tez wole byc. ale czasami bywam tez nieskromna, niechcacy;) 

w czwartek zasiadlam do korekty projektu napisanego przez studentke 3 roku medycyny. czytam i czytam… koszmar. nie dosc, ze jak na Holenderke, to bardzo ubogi angielski (bo akurat ten projekt na moje szczescie pisany jest w j. angielskim), to mam wrazenie, ze studentka nie wie o czym pisze… 

na poczatku rozpoczelam korekte, popoprawialam zdania, kolejnosc w rozumowaniu, ale w koncu sie zdenerwowalam, ze przeciez to nie o to chodzi, zebym ja jej ten projekt pisala od A do Z napisala, tylko poprawiala. dlatego powstawialam komentarze, zeby ulatwic studentce napisanie projektu, ale zeby jednak jej nie wyreczyc.

przed chwila dostalam e-maila z poprawiona wersja. czytam. na poczatku nawet ok, juz sie ucieszylam, ze dziewczyna zrozumiala, o co mi szlo. zaczynam czytac drugi akapit i kiszka. byle co. brak logiki, jakis taki chaos zdaniowy, przez ktory trudno przebrnac. dziwne… tak ladne zaczela, a tak zle jest w drugim paragrafie… 

i nagle mnie olsnilo… no tak, przeciez to ja napisalam ten pierwszy pragraf:DDD

zero skromnosci! choc… zawsze mi brakuje wiary w siebie. zawsze mi sie wydaje, ze luby pisze ladniej, poprawniej, a ja to taki prostacki styl mam. a tu prosze, jednak mi sie ten moj styl spodobal – jak tylko zapomnialam, ze to ja napisalam.

az mi sie nie chce tego projektu czytac… szef nie ma zbyt duzych nadziei co do tej studentki, ja do tej pory ja bronilam, bo wiem, ze czasami ludzie potrzebuja troche wiecej czasu na rozwiniecie skrzydel, ale tym razem i ja mam dosc. niech ona sobie ta medycyne studiuje i da sobie (i nam) spokoj z badaniami naukowymi..

 

____________

pogadalam z lubym i mowie, ze jednak prawda jest, ze juz podczas pierwszego spotkania mozna sie zorientowac, czy sie kogos polubi czy nie. do niektorych mozna sie przyzwyczaic, ale chyba tylko gdy ten ”’pierwszy raz” jest neutralny, czyli gdy sie do kogos od razu nie zrazilo, ale tez nie zapalalo sympatia.

luby ma doktorantke o imieniu Djoke. nie trawi tej dziewczyny – zostala przyjeta na doktorat przez ”partnera” lubego, gdy bylismy na wakacjach. luby, jak tylko ja zobaczyl, czul do niej antypatie i zalowal, ze e-mailowo wyrazil zgode na jej przyjecie. ile razy luby opowiadal mi o jej wyczynach w laboratorium, ze nie nadaje do badan naukowych, tyle razy bronilam jej, ze jeszcze sie musi nauczyc, ze nie kazdy musi byc tak szybki w mysleniu jak luby (bo luby w pracy mysli szybko, gorzej w domu;)). jednak kiedy w zeszlym roku luby organizowal impreze i pozapraszal ludzi ze swojej grupy, a ja bylam oddzwierna, to mimo ze sporo osob z grupy lubego znalam tylko z opowiesci lubego, jak tylko otworzylam drzwi wiedzialam, ze przede mna stoi niejaka Djoke. od razu wiedzialam: nie lubie cie. okrutne, prawda? i co ja poradze. probowalam z nia porozmawiac, zeby ja lepiej poznac i jednak polubic. nie dalo sie. opisalam to jako przyklad wielu innych znajomosci. w 99% instynkt mnie nie zwiodl. i tak bylo z Sanne, ta studentka od projektu. nie przypadla mi do gustu podczas pierwszego spotkania. ale jak zawsze, dalam jej i sobie szanse – chcialam ja polubic. jednak chyba nic tego nie bedzie. 

teraz rozumiem, co moj szef mial na mysli gdy bylam na rozmowie kwalifikacyjnej, mowiac, ze chce, zebym porozmawiala nie tylko z nim, ale i z jego pielegniarka i jedna z doktorantek, bo on che wiedzic, czy pasuje do jego grupy, czy nadajemy na tych samych falach. po 5 miesiacach pracy z grupie szefa widze, ze ludzie w jego grupie nadaja na tych samych falach. dzieki temu jest nam ze soba dobrze. i tylko ta Sanne… zawsze jest na boku…

 

 

juz sie wystraszylam

tesc sklada mi zyczenia z okazji 39 urodzin. ?!?!!?!!?!!?!?!? fakt, ze i luby i ja zawsze musimy sie dobrze zastanowic, ile to my lat mamy, ale bylam pewna, ze dzis 38 koncze! pytam tescia ile lat ma szwagierka, 38, – o to ja tez 38! bo to wiem na 100%, zem od szwagierki o 5 miesiecy mlodsza, he, he!

uf, 38… 

 

rano stoje na taborecie w krociotkiej sukience (tak krotka, ze nosza ja tylko po domu;)), a luby mowi: na tyle lat co masz, to bardzo ladnie sie prezentujesz;) lubie to jego zlosliwe poczucie humoru, pewnie dlatego, ze mam takie samo:)

 

z okazji moich urodzin spadl snieg:) piekny widok, wszystko bielusienkie, a ze dzien byl sloneczny, to pomyslalam o polskich feriach zimowych, ktore taki byly: slismy na sanki a slonko odbijajace sie od sniegu tak oslepialo, ze nie widzielismy, gdzie zjezdzamy:) tak dawno temu to bylo… jedna z kolezanek mieszkajaca przy gorce, z ktorej zjezdalismy miala 17 lat, gdy popelnila samobojstwo… pamietam, ze bylo to tuz przed moja matura, pamietam, karetke przejezdzajaca na sygnale kolo naszego domu, ale wtedy nie wiedzialam jeszcze, ze to do niej… widze nas, dzieci, szalejace w tym sniegu, na sankach, nartach i widze nas, doroslych, z dziecmi w tym wieku, co my jeszcze niedawno bylismy. trudno w to uwierzyc, ze dziecinstwo juz za nami…

kariera i ambicja

dzis podczas lunchu szef tak jakby chcial sie wytlumaczyc, dlaczego do tej pory nie dopisywal mnie do artykulow, nad ktorymi sporo sie napracowalam. po dlugim monologu szefa, w koncu dane mi bylo dojsc do glosu. przyznalam mu sie, ze nie jestem typem karierowiczki, wiec nie widze w tym problem, choc z czasem publikacje moga byc czynnikiem motywujacym. jednak teraz najwieksza satysfakcje sprawia mi to, gdy dobrze wykonam swoja prace, gdy szef zadowolony, a studenci znajacy czasy ”sprzed mojej kadencji” mowia ”jak dobrze, ze jestes”, a nie bycie co-autorem. bo mnie kariera nie interesi. szef neguje, on uwaza, ze mi na karierze zalezy, bo przeciez walcze o te publikacje w wysokiej rangi czasopismach. w koncu mowie otwarcie, ze gdybym byla karierowiczka, to w zyciu bym z dziecmi w domu nie zostala na kilka lat. na to szef sie poddal: no dobra, ale jestes strasznie ambitna! juz kilka razy cie na tym przylapalem – i zasmial sie z satysfakcja;) 

odebralam to jako komplement:)

wiem, ze jestem ambitna, ale nie wiedzialam, ze az tak jest to widoczne…