gdy bylismy w Polsce, zauwazylam klepsydre: zmarl tato mojej pierwszej wielkiej milosci. z tym chlopakiem dziwnie bylo, bo obydwoje sie w sobie kochalismy, ale nigdy nie bylo nam dane cos wiecej niz wzdychanie;) on raz zagail, nawet piosenke dla mnie napisal i na koncercie prosto w twarz mi wyspiewal, tak ze nie bylo watpliwosci do kogo spiewa, ale pozniej nic. nie wiem, czy taki byl niesmialy, czy to moja niesmialosc go zniechecila. w kazdym razie, do tej pory, ile razy o nim myslalam, chwytal mnie zal niespelnionej milosci.
jakis czas temu mama opowiedziala mi, co mojemu niedoszlemu chlopakowi sie przytrafilo: jeszcze na studiach urodzily mu sie bliznieta, a po dwoch latach odeszla od niego zona (na szczescie po roku wrocila). mama tego chlopaka opowiadala mojej mamie, jak on to strasznie przezyl, a ja pomyslalam, ze w zyciu bym go tak nie skrzywdzila: nie tak wyjatkowego faceta.
od swiat, odkiedy zobaczylam te klepsydre, myslalam o nim i jego rodzinie. i mnie olsnilo. potrafie zrozumiec, dlaczego ta zona go zostawila (ciesze sie, ze jednak wrocila), choc oczywiscie nie wiem i nigdy sie nie dowiem, jakie miala rzeczywiscie powody. kiedys ja widzialam: na twarzy i w ruchach miala wypisane, co i u mnie mozna chyba zobaczyc (a przynajmniej tak ja sie czuje): energiczna, potrzebujaca ruchu, bodzcow, nowosci, zycia, tempa i ludzi. ciekawe, bo luby temperamentem przypomina mi tego chlopaka, a ja chyba jego zone;) wyobrazilam ja sobie w miejscu, gdzie mieszkaja i poczulam co ona mogla czuc mieszkajac tam, z dwojgiem 2-letnich maluchow, kiedy mazcale dnie byl w pracy: to jest wies, na ktorej nie ma do kogo geby otworzyc, nie ma gdzie pojsc, nie ma na czym oczu zawiescic, czym mozgu zainspirowac… na jednen dzien: super, wsi spokojna, wsi wesola, na weekend, ok, w gosci mozna jechac, ale mieszkac i bawic dzieci? wiem jak to smakuje, bo sama przez to przeszlam, na szczescie tylko przez rok.
wiem, ze sa osoby, ktore kochaja wies. i nie mam nic przeciwko wsi. uwielbialam jezdzic na wies do dziadka, do babci, do cioci, kuzynki. cala moja rodzina ze wsi pochodzi, mam wspaniale wspomnienia z wakacji na wsi, ale zycie na wsi jest niezgodne z moim niecierpliwym temperamentem, bo ja wszystko musze miec na wyciagniecie reki: basen, ksiegarnie, sklep z rowerami, poczte, szpital, kino, fitnessclub i tych ludzi, ktorych nie znam, ale ktorzy wokol sa i daja mi energie.
znajac siebie, ja bym od tego faceta nie odeszla, ale bylabym tam strasznie nieszczesliwa, tym bardziej, ze wiem, jak jest sie uwiazanym, gdy sie ma dwoje malych dzieci i nikogo, kto moglby / chcialby je na dzien, dwa przejac. z reszta, nawet jak bym miala, to jestem tym typem kwoki, ktora dzieci podrzucac nie lubi. rok mieszkalam na wsi i pamietam te chwile glodu miejskiego, ktore mnie od czasu do czasu lapaly. byly one tak silne, ze ladowalam maluchy do samochodu i jechalam na plac zabaw do pobliskiego miasta. byle by odetchnac miastem… ktos kto tego nie doswiadczyl, nie zrozumie. a ja tak mam. teraz, gdy jade do rodzicow, ktorzy mieszkaja w ladnym miasteczku, po 3-4 dniach juz szukam powodu, wymowki, by pojechac do Wroclawia. tak to otworzylam oczy i wyzbylam sie zalu za ta niespeniona miloscia: ja na tej wsi nawet z nim bylabym nieszczesliwa. on z kolei… pewnie bylby nieszczesliwy ze mna w miescie.