wspomnienie i oczow otworzenie:)

gdy bylismy w Polsce, zauwazylam klepsydre: zmarl tato mojej pierwszej wielkiej milosci. z tym chlopakiem dziwnie bylo, bo obydwoje sie w sobie kochalismy, ale nigdy nie bylo nam dane cos wiecej niz wzdychanie;) on raz zagail, nawet piosenke dla mnie napisal i na koncercie prosto w twarz mi wyspiewal, tak ze nie bylo watpliwosci do kogo spiewa, ale pozniej nic. nie wiem, czy taki byl niesmialy, czy to moja niesmialosc go zniechecila. w kazdym razie, do tej pory, ile razy o nim myslalam, chwytal mnie zal niespelnionej milosci. 

jakis czas temu mama opowiedziala mi, co mojemu niedoszlemu chlopakowi sie przytrafilo: jeszcze na studiach urodzily mu sie bliznieta, a po dwoch latach odeszla od niego zona (na szczescie po roku wrocila). mama tego chlopaka opowiadala mojej mamie, jak on to strasznie przezyl, a ja pomyslalam, ze w zyciu bym go tak nie skrzywdzila: nie tak wyjatkowego faceta. 

od swiat, odkiedy zobaczylam te klepsydre, myslalam o nim i jego rodzinie. i mnie olsnilo. potrafie zrozumiec, dlaczego ta zona go zostawila (ciesze sie, ze jednak wrocila), choc oczywiscie nie wiem i nigdy sie nie dowiem, jakie miala rzeczywiscie powody. kiedys ja widzialam: na twarzy i w ruchach miala wypisane, co i u mnie mozna chyba zobaczyc (a przynajmniej tak ja sie czuje): energiczna, potrzebujaca ruchu, bodzcow, nowosci, zycia, tempa i ludzi. ciekawe, bo luby temperamentem przypomina mi tego chlopaka, a ja chyba jego zone;) wyobrazilam ja sobie w miejscu, gdzie mieszkaja i poczulam co ona mogla czuc mieszkajac tam, z dwojgiem 2-letnich maluchow, kiedy mazcale dnie byl w pracy: to jest wies, na ktorej nie ma do kogo geby otworzyc, nie ma gdzie pojsc, nie ma na czym oczu zawiescic, czym mozgu zainspirowac… na jednen dzien: super, wsi spokojna, wsi wesola, na weekend, ok, w gosci mozna jechac, ale mieszkac i bawic dzieci? wiem jak to smakuje, bo sama przez to przeszlam, na szczescie tylko przez rok.

wiem, ze sa osoby, ktore kochaja wies. i nie mam nic przeciwko wsi. uwielbialam jezdzic na wies do dziadka, do babci, do cioci, kuzynki. cala moja rodzina ze wsi pochodzi, mam wspaniale wspomnienia z wakacji na wsi, ale zycie na wsi jest niezgodne z moim niecierpliwym temperamentem, bo ja wszystko musze miec na wyciagniecie reki: basen, ksiegarnie, sklep z rowerami, poczte, szpital, kino, fitnessclub i tych ludzi, ktorych nie znam, ale ktorzy wokol sa i daja mi energie. 

znajac siebie, ja bym od tego faceta nie odeszla, ale bylabym tam strasznie nieszczesliwa, tym bardziej, ze wiem, jak jest sie uwiazanym, gdy sie ma dwoje malych dzieci i nikogo, kto moglby / chcialby je na dzien, dwa przejac. z reszta, nawet jak bym miala, to jestem tym typem kwoki, ktora dzieci podrzucac nie lubi. rok mieszkalam na wsi i pamietam te chwile glodu miejskiego, ktore mnie od czasu do czasu lapaly. byly one tak silne, ze ladowalam maluchy do samochodu i jechalam na plac zabaw do pobliskiego miasta. byle by odetchnac miastem… ktos kto tego nie doswiadczyl, nie zrozumie. a ja tak mam. teraz, gdy jade do rodzicow, ktorzy mieszkaja w ladnym miasteczku, po 3-4 dniach juz szukam powodu, wymowki, by pojechac do Wroclawia. tak to otworzylam oczy i wyzbylam sie zalu za ta niespeniona miloscia: ja na tej wsi nawet z nim bylabym nieszczesliwa. on z kolei… pewnie bylby nieszczesliwy ze mna w miescie. 

nalesniki rulon czy trojkacik?

kiedy moja mama przyjechala do nas rok temu, zrobila dzieciom nalesniki. dzieci z radoscia pobiegly do stolu i… rozczarowanie. Szkrab orzekl, ze on TAKICH nalesnikow jesc nie bedze! mama sie zdziwila… dlaczego? NASZA mama robi INNE nalesniki. wrocilam z pracy, a mama pyta mnie zdziwiona, jakie ja nalesniki robie. no, zwykle, takie jak i ty, tylko, ze ja mus jablkowy kupuje, a mama robi sama. mama mowi, ze chlopaki z wielka niechecia zjadly jej nalesniki. wzielam wiec dzieci na spytki i okazalo sie, ze rzeczywiscie, nalesniki babci nie byly tak smaczne jak moje, bo… ja robie nalesniki takie ”rurki”, a babcia takie ”plaskate”!

no tak, bo ja nalesniki roluje (latwiej sie je kroi), a moja mama sklada w pol i jeszcze raz w pol, w wyniku czego wychodza trojaciki.

usmialysmy sie z mama, jak to wyglad (i przyzwyczajenie) moze wplynac na smak nalesnikow;)

 

teraz juz mama wie, ze my nalesniki rolujemy, wiec takie zrolowane usmazyla dzieciom, gdy bylismy w grudniu w Polsce. pytam dzieci: kto robi najlepsze nalesniki? MAMA! – odpowiedzial chorek. ”moja mama, prawda?” – zaruje. NIEEE, MOJA mama mowi Szkrab;) na szczescie moja mama to rozumie;) mi tez najbardziej smakuja nalesniki, mielone, golabki i bigos mojej mamy. zadne inne nie przebuja tych smakow. tylko lazanki z podstawowki byly smaczeniejsze niz mojej mamy;)

musy i niemusy

musy to sprawy, ktore, czy chce, czy nie chce odfajkowac trzeba. na ogol przyziemne: pojsc do pracy, zrobic pranie czy mniej przyziemne, jak np. zaliczenie noworcznej przemowy szefa kliniki i wypicie glutowego wina, ktorego pic nie za bardzo lubie.

niemusy, to sprawy, ktorych nie musze, ale za to lubie robic.

i tak jak z roznych powodow nie powinno sie mieszac sie alkoholu, tak ja nie lubie mieszac musow z niemusami. 

moj niderlandzki, po 13 latach na obczyznie, moglby byc o wiele lepszy niz jest. i choc mnie to irytuje, to… nic z tym nie robie. bo na kursy (=mus) nie mam czasu i sily. z lubym rozmawiam nadal po angielsku, bo tak nam latwiej, bo tak lubimy i nie chce, zeby konwesacje z lubym smakowaly jak mus. zyczliwi zyczliwie mnie upominaja, zebym nie czytala ksiazek po polsku, tylko w j. niderlandzkim. ale wtedy to bedzie mieszkanka musu z niemusem. bo jak czytam to dla przyjemnosci, zeby sie odprezyc, a nie wysilac mozgownice. wysilanie mozgownicy to jest dla mnie mus (bo z natury mozg mam leniwy). wyjatkiem jest sudoku – tu lubie sie powysilac, co potwierdza (chyba) to, w co czasem watpie, zem jednak umysl scisly, czy moze raczej logiczny. czytanie ksiazek w j. niderlandzkim to dla mnie mus: przyjemnosci zero, a wysilek spory. i dlatego, poniewaz czasu na relaks malo, a jednak relaks jest konieczny, czytam tylko po polsku. wyjatkiem sa czasopisma – te lubie czytac po niderlandzku, bo… maja obrazki:D

takie mysli naszly mnie po przeczytaniu w sieci o akcji 52 ksiazki w rok. najpierw przyszlo mi do glowy, ze to super akcja, ze zmobilizuje spoleczenstwo do regularnego czytania. ale kiedy pomyslalam o przylaczeniu, automatycznie wlaczyl mi sie odruch przekory: a dlaczego moje czytanie ma byc musem? dlaczego jeszcze o tym mam myslec, zeby w ciagu tygodnia przeczytac koniecznie jedna ksiazke? mam w glowie zakodowane: ksiazka = przyjemnosc = niemus. szybko zdecydowalam, ze nie bede mieszac musu z niemusem i bede czytac bez wyscigu z czasem, czyli wtedy, gdy mam na to czas i ochote.

z natury jestem obowiazkowa, ale mam slaba wole. dlatego z musow wywiazuje sie na ogol w 100%, a w przypadku niemusow wole sie nie zobowiazywac.

jak zawsze, sa wyjatki: moim musem-niemusem jest fitness. bo isc na fitness to mi sie strasznie nie chce, ide z musu (bo przeciez place;), ale jak sie zaczne ruszac, jak juz endorfiny zaczna krazyc, to czuje, ze chcialabym (=niemus) wiecej:) 

 

polszczyzna trudnizna….

Bizon przygotowuje sie do I komunii sw., ktora odbedzie sie w naszej Polskiej Misji Katolickiej. przygotowania odbywaja sie w j. polskim. tluczemy 10 Przykazan Bozych, a Bizon za chiny ludowe nie moze sie ich nauczyc: wie oczym sa, ale powiedziec doslownie…duka. troche sie wnerwilam, bo z jaselkami tez latwo nie bylo i popsioczylam, ze w szkole im wierszykow nie zadaja i dzieci kiepska pamiec maja. a tu 8-letni Bizon mi wyklad robi, ze ten j. polski jest taki trudny, ze tu takie dziwne wyrazy. jakie dziwne wyrazy? Bizon wzial ksiazeczke do reki i czyta ”jam”, ”wywiodl”, ”niewoli”, ”wymieniaj”, ”na daremno”, ”ccij” (czyli czcij…), ”cudzoloz”, ”pozadaj”, ”blizniego”, itd… lista byla dluga. w jaselkach trudnosc mojemu dziecku sprawily slowa i zwroty: ”cos przybral postac”, ”zechciej’, ”wsrod’, ”posrod”…

nie sa to slowa uzywane w potocznej polszczyznie, wiec wkuwam je z Bizonem niczym slowka. zauwazylam, ze Szkrab ma lepsza pamiec niz Bizon i szybciej zapamietuje przykazania niz starszy brat, co Bizona potwornie irytuje;) bo Szkrab tak sobie siedzi albo sie bawi, niby nie slucha, ale gdzies tam mimochodem lapie. i gdy Bizon sie zacuka, Szkrab dokaczna zdanie:)

nie wiem, jak wzbogacac chlopakom polskie slownictwo, bo Bizon czyta sam i woli czytac po niderlandzku, a z kolei ksiazki Szkraba jeszcze takich jak powyzej slow nie zawieraja. wkrotce Szkrab tez bedzie czytal sam i podejrzewam, ze tez bedzie wolal niderlandzki… czyzby jednak przyszedl czas na satelite i polskie programy telewizyjne? 

 

 

o Szkrabie

wczoraj wycieram Szkraba po kapieli, szlifuje w glowie pismo do medycznej komisji od etyki, mysle o nalesnikach, ktore planowalam na dzis usmazyc  i widze tylko Szkraba i recznik. i to ze pralka skonczyla prac. i ze szczoteczki do zebow ”mrugaja” i trzeba je naladowac. a Szkrab mowi: mamo, ta splywajaca piana wyglada tak hipnotyzujaco! popatrzylam i rzeczywiscie, wygladala. tak Szkrab nazwal splywajaca z wanny wode z ”przecinkami” z mydla. mala rzecz, ale ucieszylam sie , ze mam dziecko, ktore potrafi wyrwac mnie z chaosu przyziemnych mysli i pokazac hiponotyzujaca wode z mydlinami.

rano Szkrab nie mogl wstac. a czas goni… poszlam go poglaskac, zeby go rozbudzic. a Szkrab mowi rozmazonym glosem: nie chce mi sie wstawac, bo taki mialem mily sen… w koncu udalo mi sie Szkraba skusic na… nalesniki (na sniadanie!). przy stole Szkrab mowi: opowiem ci co mi sie snilo, to mi wieczorem przypomnisz, zebym dalej mogl snic. a Szkrabowi snilo sie, ze  do Thomasa (lokomotywa z bajki) powyskakywaly takie male rybki i zmienialy mu kolory na takie, jakie chcial:-)

dzis luby odbieral dzieci ze szkoly. nauczycielka Szkraba powiedziala lubemu, ze Szkrab siedzial smutny, a gdy zapytala go, czemu sie smuci, powiedzial, ze martwi sie, zeby rodzice bezpiecznie wrocili do domu! bo strasznie u nas dzis wialo… po zeszlorocznym huraganie, kiedy to po podworku szkolym fruwaly dachowki, drzewa lezaly poprzewracane na chodnikach a na sasiedniej ulicy lezal dach zerwany z jednego domu mamy odczuwamy niepokoj, gdy slyszymy wyjaco-gwizdzacy wiatr. dzis wialo tak, ze w pewnym momencie zeszlam z roweru, bo nie bylam w stanie pedalowac pod wiatr. Bizon tez prowadzil rowerek, a Szkraba luby pchal i trzymal, zeby sie nie przewrocil. ja wrocilam do domu, Szkrab wybiegl z okrzykiem ”mama!” i tak mnie czule objal, ze az sie wzruszylam:)

wieczorem klade Szkraba spac, a Szkrab prosi, zebym sie przy nim na chwile polozyla. klade sie, a on mowi: porozmawiamy sobie, jak nam minal dzien! i zaczyna mi stulac. ja juz odplywam, a Szkrab mowi: a teraz ty powiedz mi, co dzis robilas? co ja dzis robilam? juz nie pamietam…


 

 

 

wolnosc i tolerancja vs zdrowe jedzenie

pisalam jakis czas temu, ze w szkole chlopcow zaczeto walczyc z nadwaga przez kontrole tego, co dzieci w jedza. pomysl szlachetny, ale utopijny. owszem, ciesze sie, ze w naszej szkole nie ma sklepiku z ciastkami ani autmatow z chipsami i napojami gazowanymi. ale nie podoba mi sie, ze nauczcielka dyktuje mojemu dziecku czego mu nie wolno jesc i co ma jesc. 

pierwszy punkt wyjasnilam sobie z nauczycielka i dyrektorem: ja jestem matka, ja decyduje o tym co moje dziecko dostanie do zjedzenia w szkole i nie zycze sobie, zeby szkola wtykala w to nos. chipsow ani smieciowo-landrynkowych napojow w kartonikach nie daje, mam swiadomosc zdrowego odzywiania sie i nikt w naszej rodzinie nie ma nadwagi. moje zyczenie zostalo zaakceptowane.

dzis Szkrab wrocil rozzalony, bo nauczycielka kazala mu zjsc zupe dyniowa (na ktora moje dzieci maja odruch wymiotny) z kuskus (Szkrab kuskusa nie lubi, Bizon uwielbia). przyznal sie, ze zupe ukradkiem wylal do kosza. nie skarcilam go za to, ze wylal zupe, choc w domu bardzo pilnuje, zeby jedzenia nie wyrzucac i zawsze powtarzam, zeby tyle sobie na talerz nalozyc, aby wszystko zjesc. tym razem jednak wkurzylam sie na nauczycielke. sa ludzie, ktorym smakuje (prawie) wszystko (np. ja;)), ale sa i tacy, ktorzy pewnych potraw nie tkna (np. luby). tyle gledzi sie o szacunku do drugiej osoby, ale najwyrazniej to tylko gledzenie. tak, w Holandii, gdzie co rusz jakies bzdetne ulotki o relacji rodzic-dziecko i o wychowywaniu z zachowaniem szacunku do dziecka sa rozdawane, nauczycielka kaze Szkrabowi jesc zupe, ktorej on nie chce jesc, bo nie znosi tego smaku. 

nie chce znow leciec na pogadanke, bo cos w tym roku czesto mi szkola podpadla i kilka razy ostro zareagowalam (z pozytkiem dla moich dzieci). natomiast przykazalam chlopakom, ze nastepnym razem powiedzieli kategorycznie ”nie, tego nie bede jadl” albo ”mama mnie uczy, ze jak mi cos nie smakuje, to nie musze tego jesc”. 

swietnie, ze szkola chce zapoznac dzieci z roznorodnymi smakami, zdrowymi opcjami, nauczyc podstaw gotowania, ale to nie znaczy, ze moga przymuszac dzieci do jedzenia nielubianych potraw. 

dwa tygodnie temu klasa Bizona robila omlety. a Bizon nie znosi jajek. jego naucycielka powiedziala, zeby najpierw sprobowal, a pozniej niech podejmie decyzje co dalej. i to mi sie podobalo. Bizon sprobowal, otrzasnelo go i podziekowal – nie zjadl omleta. dzis nauczycielka powiedziala, zeby zjadl 8 lyzek zupy, bo ma 8 lat… Bizon zjadl, ale tez sie zalil, ze mu ta zupa nie smakowala…

sama kilka razy zupe dyniowa ugotowalam, ale ani luby, ani dzieci nie chcieli jej jesc. sama tez nie jestem fanka dyni, ale tak juz mam, ze wszystko zjem. choc… kaszanki i czerniny nie tkne;) 

nie wiem dlaczego jedni ludzie lubia wszystko, a inni maja ograniczona liste potraw, nie wiem, dlaczego ja i Szkrab uwielbiamy sery, a luby i Bizon juz na sam zapach reaguja odruchem wymiotnym, dlaczego ja i Bizon lubimy gorzka czekolade,  Szkrab biala a luby mleczna. dlaczego ja nie znosze slodkich napojow a luby musi miec cukier w kawie. dlaczego niektorych smakow mozna sie nauczyc (np. luby polubil krupnik), a innych nie (barszczu czerwonego luby nie tkne)… jestesmy inni. i juz. prosta sprawa. 

i tego ucze dzieci: sprobuj; nie smakuje, to podziekuj i nie jedz.

a z ta walka z otyloscia to wydaje mi sie, ze szkola z niezbyt dobrej strony uderzyla: za zywienie dzieci odpowiadaja rodzice. gdyby to byla szkola z internatem czy jak w polskich przedszkolach, z prawie calodniowym wyzywieniem, to co innego. ale takie lekcje gotowania raz w tygodniu to pic na wode. tu trzeba by w glowach rodzicom cos zmienic, a nie dzieciom nakazywac/zakazywac. 

moim zdaniem, szkola moglaby wiecej sportu wprowadzic – co byloby skuteczna walka nie tylko z otyloscia, ale i nadpobudliwoscia i brakiem koncentracji.

________________________

co do niemarnowania zywnosci: chleb, ktory ”zaraz” zacznie plesniec wyrzucam ptactwu, ktore mijam po drodze do pracy. ptactwo nie glupie, gdy widzi zblizajacy sie bialy rower, podnosi glowy i niesmialo zaczyna kroczyc w strone chodnika. gdy bialy rower zwalnia, ptactwo sie drze, leci jak oszalale. na bialym rowerze siedze oczywiscie ja:D i ciesze miche jak juz na mnie czekaja, zanim jeszcze chleb z torby wyjme.

 

 

 

planowac z grubym wyprzedzeniem;)

a jednak dobrze, ze komunijny stres juz mnie zlapal;) bo zeby elegancko podac obiad i uniknac szybkiego wystygniecia potraw, pomyslalam o ceramicznych garnkach, ktore mozna rozgrzac w piekarniku – takie naczynia, chyba kazdemu znane, mozna zamowic w Boleslawcu. Zlozylam tam wiec zamowienie, do garnkow ceramicznych dodalam waze (bo od mojej jakis czas temu oderwaly sie uszy, gdy nioslam gulasz…) i kilka salaterek, zeby miec taki maly komplet. Serwis, jaki dostalam od mamy 10 lat temu z okazji slubu, ma granatowe motywy, wiec bedzie pasowal z porcelana boleslawiecka (i granatowymi krzeslami, jaki stoja w jadalni;)). 

Zamowienie zlozylam w sobote, a dzis dostalam e-maila, ze ”na stanie” jest tylko waza, a pozostale przedmioty musza byc dopiero wykonane i ze potrwa to okolo… 2 miesiecy… dobrze wiec czasami cos grubo za wczasu zaplanowac;) waza i garnki przydalyby mi sie juz wczesniej, chociazby na moje urodziny, ale trudno, grunt, zeby na komunie byly.

jak dobrze byc w domu!

mimo ze u rodzicow nic nie musze robic, to jednak ja nie jestem stworzona do nic nierobienia i po tygodniu zaczynam sie nudzic. na ogol planujemy jakies wyjazdy albo spotkania, ale tym razem, z powodu ”holenderki” (tak moj tato nazwal, w analogii do hiszpanki, cholerstwo, ktore przywiezlimy z Holandii i cala rodzine sukcesywnia pozarazalismy) bylismy uziemieni.

dwa razy tylko skoczylismy do Wroclawia: raz odebrac moje zamowione ksiazki i drugi raz, zeby spelnic zyczenie Bizona, czyli posluchac proby koncertu na wroclawskim rynku.

umowione spotkanie musialam odwolac, bo zwyczajnie grypa nas rozlozyla:/

tak wiec w tym roku swieta i wakacje miedzy swietami a nowym rokiem dluzyly mi sie niemilosiernie, bom nie przyzwyczajona do nierobstwa i braku ruchu;) mialam zarezerwowac domek w Karpaczu, zeby dzieci w koncu zaczac uczyc jazdy na nartach, ale cos mnie tknelo i zostawilam to na ostatnia chwile. a w ostatniej chwili okazalo sie, zesmy zagrypieni. mam nadzieje, ze za rok nam sie w koncu uda wyskoczyc na narty. choc lubemu lenistwo bardzo odpowiadalo:) i tym sie ciesze: ze luby glowe zresetowal.

 a ja sie ciesze, ze juz jestesmy w domu, ze znow latam jak z motorkiem, ze znow sama jadlospis ukladam i zyczenia moich trzech panow spelniam:D 

a od pn do pracy!

_______________________

naszla mnie refleksja co do wychowywania dzieci. bo w Holandii jakos tak nie kladzie sie szczegolnego nacisku na ”dzien dobry”, ”do widzenia” – nikt wchodzac do supermarketu nie wola dzien dobry, czasami ktos przy kasie baknie, ale nie zawsze, do sasiadki czy to dziecko, czy dorosly wola ”hallo”, czy ”hoi”, ale nie zadne dzien dobry, w szkole tez parcia nie ma… mi to przeszkadza i jednak staram sie dzieci uczyc, zeby to dzien dobry nauczycielce mowili. ale oni widza co inni rowiesnicy robia i robia to, co otoczenie, a nie co matka-polka gdacze… w Holandii pal szesc, ale w Polsce mam problem, bo jednak sasiadce wypadaloby powiedziec ”dzien dobry”. w drodze do Polski wytlumaczylam chlopakom, ze w Polsce ludzie bardzo zwracaj uwage na ”dzien dobry” i ”do widzenia”, a chlopcy obiecali, ze beda sie grzecznie klaniac. wysiadamy z samochodu, a tu akurat sasiadka ze smieciami idzie. chlopaki jeszcze buzi nie otworzyly a sasiadka ”czesc chlopaki”! no to chlopaki ”czesc!” – odpowiedzieli. na drugi dzien szlam z chlopakami szukac zabawek w garazu, a sasiad z sasiadka ida do swojego garazu. chlopaki donosnie wolaja ”czeeeesc!!!”. sasiad powiedzial: ”dzien dobry sie mowi”… na co rezolutny Bizon powiedzial, ze pani sasiadka zawsze mowi ”czesc”. sasiadka glupio sie zasmiala, sasiad nie skomentowal, a ja pomyslalam, ze prawde Bizon powiedzial: juz latem slyszalam to ”czesc” i tak zostanie, dzieci z powietrza tego ”czesc” nie wziely.

______________

znajomy rodzicow, ktory swieta mial spedzic w szpitalu biorac chemie, zmarl po jednej, ponoc konskiej, dawce. na zakrzep. jego zona, kolezanka mojej mamy nie moze sie z tym pogodzic… byla u nas w swieta, w nowy rok i ciagle jej sie glos lamie, choc chce byc twarda. nie dziwie sie, mi tez sie pare razy oczy zaszkliy, gdy go wspominalismy. pamietam nasze ostatnie spotkanie: znajomy rodzicow pokazywal mi bilarda, tak sie nim cieszyl. wspominalismy, jak to 2 letni Bizon, widzac po raz pierwszy brodacza, zawolal ze zdumieniem na twarzy: panu spadly wlosy! ciagle mialam wrazenie, ze on zaraz wejdzie, ze uslysze ten jego chrakterystyczny glos… trudno sie pogodzic ze smiercia…

nawet luby

po prawie 10 latach malzenstwa luby sie rozchorowal. miewal wczesniej jakies tam jelitowki, ale to byly 1-2 dniowe niedyspozycje. w tym roku Bizon przyniosl taka grype-cholere, ze luby legl na prawie tydzien. przywiozl nas do Polski, jeden dzien byl zdrowy, a pozniej padl. wstal wczoraj. dalej kaszle, dalej smarka, ale widac poprawe. no tak chorego meza (i grudnia) to jeszcze nie widzialam. 

 

mam nadzieje, ze to ostatni chorobowy wpis. bo mnie inna choroba trafi: szlag;)

 

a swoja droga, to ze mna tez cos nie tak, juz mnie 1-komunijny stresior lapie. dzis kupilismy Bizonowi garniturek, a sobie kupilam 12-osobowy komplet sztuccow. z mysla o komunii ma sie rozumiec. ja juz obmyslam menu, kogo zaprosimy, gdzie ugoscimy… a to przeciez jeszcze 5 miesiecy. sprawa bylaby prosta (tak mi sie wydaje), gdybysmy byli albo rodzina polska albo holenderska. moi rodzice, zwlaszcza tato, sa konserwatywni i dla nich np. obiad o 18.00 to stanowczo za pozno, wiec pojscie na latwizne i zaproszenie gosci do restauracji odpada, bo niestety, w Holandii nikt mi obiadu na 14.00 nie ugotuje. ksiadz wyskoczyl z komunia o 13.00… tesciowie i szwagierka beda strzelac glupie miny, gdy wyjade z obiadem po komunii o 14.30… bo kto to widzial o takiej dziwacznej porze jesc obiad… jak zaczne od slodkosci i kawy, to znow, moj ojciec oszaleje, bo OBIAD!!! wiec sie stresuje…

zeby bylo weselej, zebym nie musiala za jedynego tlumacza robic, chce zaprosic dwie polskie kolezanki z holenderskimi mezami. ale zeby bylo sprawiedliwie, to i kogos ze strony lubego powinnam zaprosic… i robi sie spora grupka. jak tylu ludzi zmiescic przy jednym stole???

a moze w ogole nikogo nie zapraszac???

juz za chwil (godzin) pare…

samochod spakowany. 

jeszcze ogarnac dom, upiec ciasto, ktore z nami do Polski pojedzie, umyc lodowke, rozwiesci ostatnie pranie i odfajkowac szybki obiad.

kilka godzin snu i ruszamy. 

zycze Wam ZDROWYCH, SPOKOJNYCH (badz szalonych, jak kto lubi) i POGODNYCH Swiat Bozego Narodzenia!