pechowy Bizon

trzy tygodnie temu byl m.in. w szkole Sw. Mikolaj – Bizon zaliczal grype zoladkowa.

dwa tygodnie temu Bizon mial grac w orkiestrze – Bizon zaliczal ”tylko” wysoka goraczke.

tydzien temu Bizon mial grac z grupa uczniow nauczycielki od skrzypiec koncert bozonarodzeniowy – zaliczal ”zwykla” grype.

dzis w szkole jaselka: Bizon zalicza nie wiem co, ale pol nocy kaszlal, walczyl z goraczka i majaczyc zaczal:/ dalam mu ibuprofen, ale goraczka tylko lekko spadla. 

i tak to Bizon przechorowuje wszystkie imprezy grudniowe… to akurat najmniej mnie martwi. marwie sie, ze tak regularnie lapie te zarazy:( nie dziwi mnie to, bo pod szkola co drugie dziecko kaszle, kicha, prycha, wiec i moi lapia. pewnie jutro albo pojutrze Szkrab… akurat na podroz do Polski:/ 

imprezy przchorowuje, za to zalicza ”moje filmy dziecinstwa”: m.in. ”Siedem zyczen”, „Arabelle”, a dzis ”Pana Samochodzika”. 

________________

wczoraj zadzwonila kolezanka ”z placu zabaw”, z ktora dopoki nie pracowalam, mialam bardzo regularny kontakt. zadzwonila, bo musiala mi powiedziec, ze po 15 latach sie wyspowiadala. jednych to nie ruszy, inni to wykpia, a mnie wzruszenie za gardlo zlapalo. wzruszenie, ze sie odwazyla, (bo mysle, ze po 15 latach to bardzo trudny krok) i ze to do mnie z ta wiadomoscia pozno wieczorem zadzwonila.

zbieg okolicznosci

przyszedl dzis student i mowi, ze w piatek ma operacje nerki. okazalo sie, ze ma guza na nerce. pytam go, po czym poznal, ze cos nie tak. zbieg okolicznosci, smieje sie student. podczas praktikum mieli uczyc sie mierzyc cisnienie krwi. Robowi kolezanka mierzyla i mierzyla i ciagle wychodzilo jej o wiele za wysokie cisnienie. docent sie wkurzyl, popsioczyl, ze takiej prostej rzeczy sie studentka nie nauczyla, sam wzial aparat, zeby na Robie zaprezentowac studentce, jak to cisnienie sie mierzy. i zdebial, bo jemu tez wyszlo bardzo wysokie cisnienie. stwierdzil, ze cisnieniomierz jest zepsuty i poprosil o nowy. ale nowy dalej pokazywal stanowczo za wysokie cisnienie, jak na szczuplego, wygladajacego na okaz zdrowia 23-latka. docent wyslal Roba od razu do lekarza, ten na usg i okazalo sie, ze na nerce jest guz…

ja tluszczaka tez przez przypadek odkrylam: kiedy luby jakis czas temu grzal sie w Grecji, ja marzlam samotnie w naszym lozku. jak mi zimno, to sie obejmuje. i tak sie objelam, ze tluszczaka na lopatce wymacalam. na poczatku wnerwilam sie, ze obrastam w tluszcz. ale szybko zorientowalam sie, ze jakos tak asymentrycznie, bo na drugiej lopatce tluszczu nie wymacalam (przyznajmniej nie na taka duza skale;)). jednak zapomnialam o swoim odkryciu. luby wrocil z Grecji, a mnie zaczelo bolec ramie i szyja. i dopiero wtedy sobie przypomnialam o mojej tlustej narosli na lopatce.

tak to z przypadkami bywa:)

chorobska precz!

jak sie mozna bylo domyslic, chory Bizon zarazil Szkraba, wiec dzis Szkrab caly dzien z goraczka lezy. Szkrab, w przeciwienstwie do Bizona, choruje jak prawdziwy mezczyzna: jeczy, steka, kazdy ma wiedziec, jak mu ciezko… w nocy tez:/ i znow, cos mnie tknelo i na noc wlozylam zatyczki do uszu, wiec o tym, ze Szkrab chory dowiedzialam sie rano. 

Bizon mial sie lepiej, pojechalam z nim do optyka naprawic okulary, a on juz w drodze zglosil, ze nie ma sily pedalowac. czyli dalej chory. wrocilismy do domu i znow goraczka. doszlismy z lubym do wniosku, ze zegnamy jutrzejszy koncert z orkiestra: Bizon nie cwiczyl gry na skrzypcach ostatnie 3 dni, dzis tez nie, a jutro najpierw proba generalna, a pozniej 45 minutowy koncert to za duzo. szkoda nam strasznie, ale zdrowie Bizona najwazniejsze. za rok bedzie kolejny Haydn festiwal i moze wtedy sie uda.

mnie i lubego zaraza tez dopadla, ale jednak mniej nas rozlozylo – slabo, bo slabo, ale funkcjonujemy. nawet mi luby lampy halogenowe, ktore dostalam od Mikolaja, zainstalowal w szafie. 

mam nadzieje, ze do pn bedziemy zdrowi…

po tych mikolajkach, na ktore, jak co roku, pojechalismy do tesciow, znow przekonalam sie, ze jednak swoj dom lubie nabardziej – cieplo, cieplo, cieplo. a u tesciow zimno, zimno, zimno. nie wiem, czy to ta holenderska mentalnosc, czy to tesciowie tacy sa, ale jednak goscinnosc polska jest inna. chyba zaden Polak nie wpuscilby mnie do lodowatej sypialni, zwlaszcza jakby wiedzial, ze dziecko wychodzi z choroby. na szczescie wiem, jakie sa u tesciow zwyczaje, wiec pierwsze co zrobilam po przyjezdzie  to wlaczylam kaloryfery w sypialni, w ktorej spimy, zeby sie nam do nocy nagrzalo. naprawde nie wymagam upalow, ale te 19C by mnie zadowolilo…

o, Mikolaj…

tak mi szybko czas leci, ze o malo nie zapomnialam, ze u nas jutro Mikolaj chodzi. a Bizon chory. i ja chyba tez… tzn. Bizon caly dzien lezy i pol nocy wymiotowal, a jeszcze sie probuje mobilizowac i nawet prace zaliczylam. ale w pracy doszlam do wniosku, ze sie obijam, zem niewydajna, bo zoladek i glowa nie daja sie skupic. wiec poszlam do domu, zmienic lubego, ktory zostal z Bizonem.

a tak w ogole, to chyba jestem glupia – bo przeciez to glupi ma szczescie;) zeszlej nocy Szkrab u nas zawital, bo cos mu sie zlego przysnilo (a juz od miesiaca nas nie odwiedzal!!!). luby sie ewakuowal do sypialni Szkraba. ja zas wlozylam zatyczki do uszu, bo Szkrab pochrapuje, a ja ostatnimi czasu cos za lekko sypiam i kazde sapniecie, chrapniecie czy westchniecie strasznie mnie wnerwia i ze snu wybija. zatyczki mam idealne: nic nie slysze, oprocz budzika! rano stoje pod prysznicem, staram sie zrozumiec dziwny, tzn. ociezaly, stan mego cielska i wlasnie dochodzilam do wniosku, ze to pewnie po wczorajszym fitnesie tak niezbyt fit sie czuje, kiedy luby wkroczyl do lazienki, zeby mnie poinformowac, ze Bizon pol nocy wymiotowal. wredna matka ze mnie, bo sie ucieszylam (w duchu), ze zatyczki do uszu wlozylam i cala nocna akcja mnie ominela. no i dowiedzialam sie, dlaczego nie jestem fit – nie fitness, tylko wirus.

a jutro Sw. Mikolaj… Bizon mial zagrac Mikolajowi w szkole na skrzypcach – pewnie bedzie sie czul lepiej, ale jednak skoro przez caly dzien tylko lezy, z goraczka i do tej pory wyssal tyko 3 kostki cukru i zjadl jednego sucharka, mysle, ze lepiej bedzie jak jutro zostanie w domu. a ja z nim. czeka nas intensywny weekend, wiec lepiej przed nim dojsc do siebie.

wieszkosc prezentow pozamawialam przez internet, dzieci dostana skarbonki i ”poduszki” do kopania – do cwiczenia taekwondo. szwagierce, po konsultacji z tesciowa, kupilam naszyjnik. a przy okazji naszyjnik kupilam tez sobie – chodzil za mna juz od… roku. rok temu nie bylo mnie stac na taki spontaniczny zakup. w tym roku tak:) na szczescie naszyjnik czekal na mnie! a teraz sie denerwuje, bo wierszyki, ktore ma pisac luby, jeszcze nienapisane…. 

chwalilam, to teraz skrytykuje

pierworodnego.

Bizon, mimo drobnej postury, zwany jest Bizonem z powodu donosnego glosu. niby cieniutkiego, ale bardzo donosnego i przenikliwego. takie wysokie E;) na dodatek, po szwagierce, bo nie po mnie i nie po lubym, odziedziczyl niebywala elokwencje i pewnosc siebie. i arogancje… ale to juz chyba cecha nabyta, choc… luby, zanim go poznalam, tez sprawial na mnie wrazenie aroganckiego gnojka (tak go w myslach nazywalam, gdy go na korytarzach spitalnych widywalam;)). tyle, ze luby arogancki nie jest, a moj 8-letni Bizon… jest. od jakiegos czasu pyskuje. wlasciwie to dziamgocze. kiedys tylko do mlodszego brata, za co zbieral baty, bo Szkrab do tych elokwentych sie nie zalapal, on to raczej filozof, ktory tylko koncowa mysl od czasu do czasy ujawnia i nas powala, ewentualnie serie fajerwerkow wystrzeli (to ma po mnie;)) i sobie idzie do pokoju (to tez ma po mnie;)). a teraz Bizon dziamgocze do nas. zaczelo sie to rok temu, kiedy poszlam do pracy… dlugo przymykalam na to oczy, bo sobie tluamczylam, ze zmeczony, ze taki szok, gdy nagle matka z domu zniknela, ze swietlica, halas, niedojedzenie nadwyrezaja system nerwowy mojego biednego pierworodnego. i do tego jeszcze te wszystkie zajecia pozaszkolne… ale w koncu, po roku, i moj system nerwowy sie nadwyrezyl i postanowilam zakonczyc pyskowki 8-latka, poki jeszcze moge. 

duzo z nim rozmawiam, mowie do niego jak najciszej sie da, im on glosniej, tym ja ciszej, nawet szeptem. jak nie przestaje, zatykam ostrzegawczo uszy. tu na ogol Bizona lapie bezsilnosc i zaczyna plakac. mnie tez lapie bezslinosc i… nie, nie przytulam, nie pocieszam, nie glaszcze, kaze mu isc do pokoju, uspokoic sie i jak zamilknie podejmuje rozmowe. nie reaguje tez na ”mamoooooo” z drugiego pokoju. tlumacze: chcesz cos ode mnie, przyjdz i powiedz, a nie krzycz. albo na wykrzyczanr z drugiego pokoju pytanie, odpowiadam tak, jakby Bizon stal obok mnie – on niby slyszy, ze cos mowie, ale nie doslyszy co dokladnie mowie. ciezko nam to idzie, ale widze poprawe. 

w piatek wieczorem Bizon znow dal czadu. do tego Szkrab. wiem, ze byli skrajnie wyczerpani a do tego przeziebieni. ale to nic. koniec z wymowkami. bo ja juz jak zona alkoholika: ”no bo on taki biedny, kochany, pije bo ma problemy”. jako ze obydwaj chlopcy dali glos, obydwaj nie dostali nic do buzika, ktory co wieczor przygotowuja na drobne upominki. za to dostali list, od Sw. Mikolaja, ze poniewaz krzycza, nie dostana dzis zadnego upominiku. myslalam, ze chlopaki sobie sprawe przemysla. 

rano bralam prysznic, a tu wchodzi do lazienki zaspany Bizon, ze skrzywiona buzia i mowi z wyrzutem: przez ciebie nic nie dostalismy od Sw. Mikolaja! szczeka mi opadla. arogancja mojego dziecka mnie przerosla. na szczescie tylko na moment. kazalam mu wyjsc z lazienki, a sama zaczelam myslec, jak ja mam z moim 8-latkiem rozmawiac. jak go przeprogramowac na troche pokory, samokrytyki. z jednej strony nie chce zaprzestawac pochwal, gdy na nie zasluguje, z drugiej strony, trzeba go jednak troche… upupic???

pogadalam. wytlumaczylam, ze gdyby to byla moja wina, to dzieci dostalyby podwojny prezent od Mikolaja, na pocieche, ze maja niedobra mame. ale na liscie jest wyraznie napisane, ze to dzieci krzyczaly do mamy i taty i ze to one za kare nie dostana prezentu… 

od wczoraj chlopaki ”zasluguja” na ”rusztowanie do gumek” (takei rusztowanie do robienia bransoletek czy zwierzatek z kolorowych gumek) – warunek: ”tak, mamusiu” – Bizon ma nie pyskowac, a Szkrab zaczekac z ”fajerwerkami” do nowego roku;) na razie dobrze im idzie.

 

___________

i jeszcze dopisze, dlaczego w piatek chlopaki daly czadu. Bizon uwielbia liczyc w glowie. wiec luby go wieczorami magluje. a ja, licze w pamieci razem z nimi. tym razem luby spytal Bizona ile jest 88:11. Bizon sie zacukal. cisza… chcialam mu podpowiedziec, ale nie tak wprost, wiec udalam, ze ziewam i rzeklam ”aaaaaach” (bo 8 jest ”acht”). luby zalapal, a Bizon nie. i zaczal histeryzowac, ze mu dokuczam. plakal jakbym mu najukochansza zabawke zepsula. zorientowalam sie, ze jest padniety, wiec powiedzilam, zeby poszedl juz spac. rownoczesnie z wyciem Bizona, Szkrab tez wlaczyl syrene, bo on nie chce, zeby Bizon byl zlyyyyyy….. dwie syreny. na raz. poszly spac. ale najpierw swoje wykrzyczaly i odwyly. nie przypominam sobie, zebym ja tak dawala czadu… 

zazdroszcze swemu dziecku:)

dzis pojechalam z Bizonem na probe orkiestry. na sama probe rodzicow wyproszono, ale po godzinie nas zawolano na nieoficjalna ”premiere”. siadlam sobie i zwyczajnie mnie scisnelo za gardlo, za brzuch, lzy mi naplynely do oczu, gdy zobaczylam tego swojego pierworodnego, znow najmniejszego w grupie, ze skrzypcami wsrod tej olbrzymiej grupy skrzypiec, wiolonczeli i fletow. scisnelo mnie ze wzruszenia. ale i zal mi, ze sama nie mialam na tyle swiadomosci i konsekwencji, gdy bylam dzieckiem i jeszcze mialam czas, zeby sie porzadnie nauczyc grac na intrumencie, zal mi, ze nikt mnie nie pchnal, nie zmobilizowal. zal mi tego poczucia wspolnoty, jakiego dzis Bizon doswiadczyl – sam powiedzial z zachwytem: mamo, to zupelnie cos innego grac tak razem i jeszcze z dyrygentem!

i rzeczywiscie, niesamowite. widok, muzyka, emocje. wszystkie smyczki zsynchronizowane: w dol, w gore, w dol, w gore, w gore, w gore… po tym wiedzialam, kiedy Bizon sie zgubil;) na szczescie, na pokazie dla rodzicow tylko raz:)

uraczono nas ”Zaczarowanym fletem”, ”Rosyjskimi konmi” i chyba malo znanym, ale bardzo dynamicznym ”Dotykiem Irlandii”.

za tydzien koncert w sali koncertowej:)

za rok, dwa, moze jak zmienie kontrakt na 70%, chce zaczac ze Szkrabem wspolne lekcje gry na trabce:) ponoc sa wyciszacze do trabek, wiec jest szansa, ze sasiedzi nie zwariuja;)

zeby to juz byl styczen…

grudzien jest jednym najbardziej wyczerpujacych miesiecy. kazdy najblizszy weekend i wieczor mam zajety, do samych swiat. a to koncerty skrzypcowe, a przed nimi ciagle proby, a to egzaminy na teakwondo, mikolajki z rodzina lubego, mikolajki w szkole, swiateczna impreza firmowa, religia, bo Bizon do pierwszej komunii w tym roku pojdzie, na religii, wigilia, wiec mam cos upiec i oczywisciepadlo pytanie, czy Bizon zagral kilka koled na tejze wigilii – wolalabym nie, bo ja nie wiem, kiedy Bizon ma te koledy cwiczyc, chyba o 7 rano…. 10 grudnia obiecalam dac prezentacje o swojej pracy naukowej sprzed 8 lat, wiec oprocz przygotowania prezentacji, musze znow wiedze odswiezyc. na swieta do Polski jedziemy, ale przyznam, ze juz jestem zmeczona sama mysla o tym jedzeniu, byciu ciagle z rodzina, o 10 dniach bez bycia z sama soba, o pakowaniu walizek. do tego rodzice w tym roku beda miec na wigilii dosc ”smutnych” gosci, bo znajomy lezy z rakiem w szpitalu, wiec mama zaprosila znajoma z synem. dobrze, ze ich zaprosila, ale bedzie smutno, bo to ostatnie swieta tego znajomego.

nie praca zawodowa, nie dom, ale te wszystkie duperele poza praca i domem wysysaja ze mnie spokoj. jestem ciagle niespokojna, ze czegos zapomnialam,  ze sie spoznie, ciagle nowe adresy wyszukuje, bo a to proba na skrzypce jest u nowej pianistki, a to w konserwatorium, za tydzien w sali koncertowej, a to religia jest w nowej salce, a to nauczycielka od skrzypiec sie przeprowadzila… 

bylam tez na konslutacjiu chirurga-onkologa w sprawie tluszczaka. jest wielki. ale zeby dokladnie wiedziec jaki jest wielki, potrzebne jest usg, ktore tez powinno pokazac, czy tluszczak siedzi luzno, czy jest wrosniety miedzy miesnie. jesli jest wiekszy niz 6 cm, czeka mnie rezonans magnetyczny i operacja pod pelna narkoza. lekarz powiedzial, ze rozmiarowo siedze na granicy miedzy 5-6… niestety, mial wrazenie, ze tluszczak nie byl luzny, ale mam nadzieje, ze jednak to tylko jego wrazenie, ze jednak bedzie to 5 cm i wystarczy lokalne znieczulenie. bo cholernie boje sie narkozy. usg juz za tydzien, a kolejne spotkanie z panem doktorem w nowym roku.

a do tego kolezanka… ktorej najlepsza kolezanka na swiecie bylam, gdy mogla regularnie do mnie wpadac ze swoja coreczka. i ok, bylo fajnie, czas nam milo zlatywal. tuz przed wakacjami kolezanka przeprowadzila sie do nowego domu. kiedys padlam na nia w sklepie, a kolezanka zaczela obietnicami mnie zasypywac, ze mnie zaprosi jak tylko skoncza klasc podlogi i jak wszystko rozpakuje. pomyslalam sobie, ze na tyle dobrze sie znamy, ze gdybym to ja sie przeprowadzila, to bym wieczorem na winko zaprosila, niezaleznie od tego, czy pudla sa rozpakowane czy nie. ale nic nie powiedzialam. lato minelo, poszlam do pracy i nagle e-mail: kiedy by mi pasowalo wpasc? odpowied brzmi: w tygodniu po 20.00 albo w weekend, wszystko jedno kiedy, ewentualnie w wakacje jesienne, jak wezme sobie jeden dzien wolnego. cisza w eterze. dzien po wakacjach jesiennych e-mail, ze w weekend to odpada, bo w sobote kolezanka musi corke na basen zawiezc, a pozniej do szkoly chinskiej, a w niedziele to jest JEJ dzien i ona zawsze chodzi na basen, saune, a pozniej biega. wiec tez opada. w tygodniu zas po 20.00 to ona juz pada…

nie odpowiedzialam na tego e-maila. szczeka mi opadla. widac, tak jej zalezy na spotkaniu ze mna. no coz… ja tam przezyje bez tejze kolezanki, ale niesmak jest.

i tak to po raz kolejny doszlam do wniosku, ze luby jest moja najlepsza przyjaciolka…

 

w zeszla srode zorganizowalam wieczorne wyjscie ”naszej grupy” – i ja, i studenci bylismy na rowerach. a szef i pielegniarki samochodami. jako ze do centrum nie mozna wjechac samochodem, a studentom nie chcialo sie spacerowac, zaproponowali, ze wezma szefa i pielegniarki na bagazniki. kapitalny widok: moj 50+ letni szef, wyprostowany jak struna na bazaniku studenta-imrezowicza:D machnelam im zdjecie, przyda sie na jakis kabaret jubileuszowy szefa:D znow przekonalam sie, ze z fajnymi ludzi pracuje: szef troche sztywny, ale bardzo ludzki (dal mi bez zmruzenia okiem 2 tygodnie wolnego na BN i Nowy Rok), studenci z fajnym poczuciem humoru, a jednoczesnie bardzo dojrzali jak na swoj wiek. oby tak dalej.