puk, puk, odpukuje

dzis uswiadomilam sobie, ze od dawna zatoki mnie nie zaatakowaly! od razu pomyslalam o 3-miesiecznej kuracji antybiotykowej, ktora przechodze z powodu niejakiego tradzika mlodzienczego. bo pani dermatolog tak moje krosty zdizagnozowala: tradzik mlodzienczy:D i rzeczywiscie, po moich bolesnych, pouhcnietych krostach sladu nie ma, antybiotyk swietnie zadzialal. czyzby przy okazji tez chronil mnie przed zapaleniem zatok??? moze te moje nawracajacego sie zapalenia, zwalajace mnie z nog bole glowy, byly jednak pochodzenia bakteryjengo??? przekonam sie, jak przestane brac antybiotyk. albo jak mnie jutro zatoki zlapia;) 

tradzik lecze, no to inne swinstwo mnie zaczelo nekac: na twarzy i dekolcie wyskakuja mi drobniutkie pryszczyki:/ jak nie urok, to… 

 

wczoraj zalamala mnie nasza lekarka… znow nie wiem, czy to ona jest taka dziwna, czy to znow holenderska kultura. wg pani doktor, to co Szkrab na piecie to kurzajki. no dobra, kazdemu sie przyplacza, zwlaszcza jak sie chodzi regularnie na basen czy lazi na boso po macie na taekwondo. ale jak sie przytrafi to nalezy kurzajki wykurzyc. tak? nie. ”nie, po co, przeciez to nie boli” – powiedziala lekarka z poblazliwym usmieszkiem. no ale przeciez to zaraza – dziwie sie. przeciez jak Szkrab pojdzie na taekwondo to poroznosi to po matach, na basenie moze kogos zarazic. ale lekarska dalej swoje, ze to nie jest szkodliwe, nie zagraza zdrowiu… no niby tak, od kurzajek sie nie umiera. i nie bola. ale dla mnie to obrzydlistwo. i swinstwo w stosunku do innych dzieci. poszlam do drogerii i kupilam ”wypalacz” kurzajek. moze mi sie uda sie wykurzyc. macie jakeis doswiadczenie z kurzajkami?

tak mi sie cos wydaje…

ze to ostatni juz rok, ze moje dzieci wierza w Sw. Mikolaja. nie, zebym sie cieszyla, nawet mi troche zal. i nawet by mi ta mysl do glowy nie przyszla, gdyby nie rodzina i znajomi pytajacy ze zdziwieniem: ”to Bizon jeszcze wierzy?!??!!?”. wierzy. i bardzo sie z tego ciesze, bo to czesc dziecinstwa, ktora nigdy nie powroci. ciesze sie tez ze wzgledu na Szkraba, bo jak juz Biozon bedzie uswiadomiony, to pewnie i braciana uswiadomi… a jednak Szkrab dwa lata mlodszy.

a dzis chlopaki zaliczyly cyrk. juz od jakies czasu myslalam, zeby pojsc, bo sama jako dziecko cyrk uwielbialam. dzis luby wzial chlopakow do tesciow, gdzie lezakuja nasze opony zimowe. szwagierka, ktora bywa u tesciow chyba w kazdy weekend, wypatrzyla reklame cyrku i zostala sponsorem wieczoru:) dzieci wrocily zachwycone!

ja tez bylam zachwycona, ale nie cyrkiem, tylko kilkoma godzinami wolnosci;) zrobilam rundke po sklepach – rundka miala na celu zorientowanie sie, gdzie jaki asortyment. bo brat pod choinke poprosil o sweter, tato o pizame, mama o deske na sery, do tego uswiadomilam sobie, ze Bizon wyrosl z eleganckiej koszuli, a za 2 tygodnie gra na festiwalu, wiec i o dzial dzieciecy. a ze kolo dzialu dzieciecego jest bielizniany… to sobie kupilam majtki bez szwow a’la ”druga skora”. nie jest to wizualnie nic cudownego, ale je lubie, bo ich brzegi nie przebijaja przez spodnie czy waska sukienke/spodnice. 

moja mama dzis zadzwonila i okazuje sie, ze reka byla jednak zlamana… bylo male, bo male, ale przemieszczenie. jednak poniwaz mama nie chciala isc w Holandii do lekarza, reka sie zrosla przez te 6 tygodni… krzywo. jednak lekarz, ktory zdjecie i reke obejrzal orzekl, ze niech tak zostanie. gdyby mama byla mloda, to by lamal i nastawial, ale ze mama emerytka i nie musi miec tej reki idealnej w 100%, to lekarz odradzil lamanie. a mama sie ucieszyla. teraz tylko musi reke cwiczyc, zeby ja wzmocnic. a ja… oczywiscie, znow mam powod do czucia sei winna, czemu ja mamy na sile nie zawiozlam do szpitala….

oby glosno

wchodzimy z szefem do windy, obok nas 3 pracownikow wiezie w lozeczku szpitalnym male, na oko 2-letnie dziecko. dziecko, niczym maly kotek, chwiejac sie probuje raczkowac w lozeczku i jednoczesnie placze, tak cicho. mowie do szefa, ze zawsze dziwi mnie, gdy dzieci tak cicho placza, bo moi to jakby straz pozarna jechala. szef mowi, moi tez, ale cieszmy sie, bo tak placzce dziecko, jak to w lozeczku, musi byc w bardzo zlym stanie… slowa szefa potwierdzila asysta skladajaca sie z 3 pracownikow szpitala – na ogol jest ich dwoje, a tu bylo trzech, czyli wsrod nich lekarz. taka asysta jest konieczna podczas przeworzenia pacjetnow w krytycznym stanie.

niech wiec placza te moje dzieci glosen donosnym, byle im zdrowie dopisywalo.

a zdrowie na razie dopisuje. choc ze Szkrabem ide w pn do lekarza, bo chyba kolce z kaktusa jeszcze w stopie tkwia i wywiazal sie stan zapalny:/ dwa bable przeklulam i rzeczywiscie dwa male kolce wyplynely. pozostale dwa sa chyba za gleboko i nic nie mozemy z nimi sami zrobic.

a ja zlamalam kolorystyczne przyrzeczenie… do konca roku mialam nie kupowac niczego czarnego… i nawet mi sie to udawalo, bo jakis czas temu na zime nabylam wsciekle czerowny sweter, szary (!) golf, granatowe trzewiki i fioletowa spodnice w panterke, a dzis… no do fioletowej spodnicy w panterke, to tylko czarna gora pasuje;) wiec kupilam czarny swetro-zakiet, za asymetrycznym zapieciem. i juz wiem, ze sie w nim nachodze, bo i do dzinsow, na bardziej sportowo, i do kazdej spodnicy, jaka wisi w szafie, moj nowy nabytek bedzie pasowal.

wczoraj wlazlam Szkrabowi do lozka, zeby jeszcze chwile pogadac; pytam go ”jak tam dzis z gra w pilke nozna?’ a Szkrab na to: ”holly shirt, nawet nie chce mi sie o tym myslec!”. nie wiedzialam czy sie smiac, czy strofowac… nic nie powiedzialam, zeby jednak nie parsknac smiechem.

 

skrzypu, skrzyp

moj skrzypiacy synek, czyli Bizon, za 2 tygodnie bierze udzial w festiwalu muzycznym, obejmujacym polnocny region Holandii. oprocz wystepu solowego, zagra tez w orkiestrze. co prawda, z tym wystepem solowym, to jeszcze nie takie pewne, bo najpierw sa eliminacje i tylko ci, co rzeczywiscie potrafia grac, beda mogli zagrac przed publicznoscia w sali koncertowej. nauczycielka Bizona twierdzi, ze Bizon z pewnoscia przejdzie eliminacje… wierze jej, bo ma juz wieloletnie doswiadczenie, a poza tym… musze przyznac, ze Bizon jak sie przylozy, to potrafi dac czadu:) na dodatek nauczycielka zaproponowala mu niesamowita melodie: wojne indianska: ekstramalnie dynamiczna, przechodzaca od bardzo glosnych, agresywnych dzwiekow do cichych, tajemniczych, spowolnionych, jakby indianie podchody robili. 

dzien w dzien cwicze z Bizonem te melodie, a jak ja pozno wracam, to luby pilnuje i efekt taki, ze zasypiamy i budzimy sie z ta melodia w glowie, a nawet w pracy nam ta melodia w glowie swidruje:D 

wczoraj pozno wieczorem pojechalam z Bizonem na probe z fortepianem. jako ze w domu mamy CD z podkladem, Bizon byl juz oswojony z melodia fortepianu i bardzo gladko mu ta proba poszla – ja i nauczycielka Bizona wiedzialysmy, ze Bizon wczesniej cwiczyl z CD, ale pani od fortepianu tego nie wiedziala. wiec jak skonczyli pierwsza rundke, to pierwsze pytanie wypowiedziane z wielkim zdumieniem bylo: ile ty masz lat, dziecko??? (Bizon na 8 lat nie wyglada;)).

a ja po raz kolejny przekonalam sie, ze talent (ktorego mysle, ze Bizon az takiego wielkiego chyba nie ma) to tylko maly procencik, ze to te codzienne cwiczenia, nawet 10-15 minutowe, ale codzienne (no, prawie, w weekend czesto odpuszczamy) taki plon wydaja. nie raz Bizon postekuje, a ja go (z wyrzutem sumienia, oczywiscie…) stymuluje, przekonuje i nawet czasem chemicznym (tfu, tfu!) zelkiem wynagradzam;) czasami mu dyryguje i mowie, ze jestem Andre Rieu (ulubieniec Bizona), albo plasam i udaje, ze sie ”wczulam” albo udaje glos nauczycielki, zeby go rozsmieszyc, zeby te cwiczenia nie kojarzyly sie tylko z dodatkowym obowiazkiem i zaluje, ze mnie nikt tak nie stymulowal… 

dzis Bizon lezy juz w lozku, wola mnie, zebysmy sie razem pomodlili, ide do niego i mowie: och, Bizonku, jeszcze na skrzypcach musimy pograc!!! – oczywiscie, zartowalam. a Bizon, ktory by wszystko zrobil, byle tylko nie isc spac, jeknal: nieeeee, ide spac… – he, he zaczelam sie smiac i Bizon zalapal, ze go wrednym zartem uraczylam;) i tak to sie posmialismy na dobranoc:)

pierwszy wnerw

w piatek mnie zlapalo takie nagle zmeczenie (wirus?), ze o 20.30 poszlam grzecznie do lozeczka coby wieczoru nie zmarnowac cywiejac przed komputerem. przespalam 11 godzin ciurkiem. ”dzieki” temu zmeczeniu olalam e-maila od studentki – przeczytalam go, wkurzyl mnie, ale nie mialam sily i ochoty przemyslec odpowiedzi, wiec postanowilam sie z tym przespac, przetrawic, przemyslec i spytac lubego, czy to moje ego cos za bardzo uroslo, czy to studentka zapomniala, ze choc jest studentka medycyny i ulubienica (”dieslem”) mojego szefa, to jednak nadal jest studentka. luby stwierdzil, ze studenka nie zbyt taktownie e-maila sformulowala. wiec znow, zeby nie skarzyc na ”diesla” szefa, musialam madrze e-maila sformulowac, tak, zeby miedzy wierszami przeszmuglowac, ze tak to ja ze studentami nie bede wspolpracowac (=studentka nie bedzie mi wydawac dyspozycji). 

myslac i komponujac e-maila, wzial mnie nerw, bo zamiast spozytkowac czas na cos pozytecznego, ja tracilam czas na szukanie salomonowego rozwiazania sprawy… 

dzis, po 48 godzinach trawienia, w koncu skonczylam e-maila do szefa, z wiadomoscia, ze tego, co mi studentka wypunktowala robic nie bede, bo to nie ma sensu, ze sens wg mnie maja korekty, ktore z grubsza opisalam w zalaczniku i czekam na feedback szefa: czy jedziemy z moja wizja korekty, czy mam artykul olac i oni sobie radza sami (powodzenia;) – bez grubszej korekty nic z tego nie bedzie, wiem to na 100%).

w piatek bylam na sympozjum o pisaniu ”swiatowej klasy artykulu”. na szczescie bylo tam tez troje moich studentow, m.in. ta studentka, ktora mnie wnerwila – mam nadzieje, ze dobrze sluchali wykladu edytora pewnego czasopisma, bo mowil prawie to samo, co ja im i szefowi mowilam. niestety, szef bywa tak slepo zadufany w swojej pracy (jak to chirurg, twierdzi luby… nie wiem, znam tylko dwoch chirurgow), ze wydaje mu sie, ze jego praca ot tak, swiat na nogi powali… no coz, kubel zimnej wody go dopadnie i byle tego nie uznal za moja wine…

logika 8-latka

wieczorem mialam omowic ze studentem pewien dokument, ktory musi byc zatwierdzony, zanim student rozpocznie badania. student ma praktyki w klinice, wiec przyszedl w kitlu, ze stetoskopem wystajacym z kieszeni. nie mialam z kim zostawic chlopakow, wiec wzielam ich do szpitala ze soba i poprosilam, zeby zajeli sie cicho malowankami ”dla doroslych” – tak, jak za normalnymi malowankami moje dzieci jakos nigdy nie przepadaly i myslalam, ze to cecha chlopcow, tak malowanki dla doroslych uwielbiaja i ostatnio cale ranki spedzaja na kolorowaniu!

szybko przedyskutowalismy ze studentem ten dokument, co poprawic, co dopisac, jeszcze przy okazji jeden artykul, ktory wczesniej z ciekawosci mialam tylko zeskanowac, ale tak mnie zaciekawil, ze w koncu pojechalam z korekta, co studenta bardzo ucieszylo, a dzieci malowaly w ciszy.

w drodze powrotnej do domu Bizon pyta, czy to byl moj szef. zaskoczyl mnie, bo student pewnie z 15 lat ode mnie mlodszy i jest tak pogodnym czlowiekiem, ze raczej na powaznegoo szefa nie wyglada. wytlumaczylam mu, ze ten pan uczy sie, zeby zostac lekarzem, a ja mu pomagam w prowadzeniu badan. na to Bizon zdziwiony spytal: to dlaczego on mial bialy fartuch i stetoskop, a ty nie?

i tak to atrybuty lekarskie mlodego chlopaka przebily moj wiek, zmarszczki i pierwsze siwe wlosy;)

 

p.s. wczoraj luby wyrwal mi 3 bielusienkie wlosy. bardzo lubie swoj naturalny kolor wlosow i zal mi, ze to juz…

pierwszy sukces

dzis studentka, ktorej pomagalam pisac projekt doktorancki, dostala sie na doktorat. 40% kandydatow zostalo odrzuconych, czyli jest sukces:-) nieoficjalnie dowiedzialam sie o tym juz rano, wiec gdy zaliczalam pierwsza szpitalna kawe, kupilam przy okazji pudelko czekoladek recznie robionych. kiedy studentka przyszla wreczylam jej, gratulujac i doceniajac jej prace, bo ciezko pracowala, poznymi wieczorami i w wekendy, poniewaz w ciagu dnia zaliczala praktyki szpitalne. ona wyjela z plecaka podobne pudeleczko, z podobna zawartoscia, zeby mi podziekowac:) usmialysmy sie:) 

a z chlopakami zaliczylam dzis Sw. Marcina: chodzenie z lampionami od domu do domu, spiewanie piosenek o slodyczach i Sw. Marcinie i zbieranie slodyczy. do domu wrocilismy z wielkimi zapasami roznorakich slodkosci. chlopaki sie tak objadly, ze nawet jak ich w ratach naklanialam, zeby wyjedli te slodycze, to stekali, ze nie juz nie moga;) 

dowcip koscielny

wczoraj nasz ksiadz opowiedzial na kazaniu dowcip. poniewaz, mimo godzinnej drzemki, dalej przysypialam, a dzieci ze zmeczenia malo lawki nie rozniosly, bylam rozproszona i zart zalapalam dopiero dzis;)

 

biedronka i swierszcz zamieszkali w kosciele. swierszcz ciagle narzekal, ze za glosno, ze za tloczno, ze wszystko go rozprasza i denerwuje i ze musi sie przeprowadzic, bo nie wytrzyma. biedronka sie zdziwila, bo ja cieszyla cisza i spokoj. swierszcz spytal wiec: a gdzie Ty mieszkasz? – a w skarbonce – odpowiedziala biedronka.

dzis, ni z tego, ni z owego zart mi sie przypomnial, choc nie mam pojecia, w jakim kontekscie byl on opowiedziany;) 

__________________

a dzis ja chyba szefa ubawilam. bo w pn ja odbieram dzieci ze szkoly o 14.00. szef kolo 13.00 kuknal, czy ide z nim na lunch. mowie ze nie, ze zjem w domu, bo ide za godzine po dzieci. aha… a zdazysz zakodowac dla Jary dane pacjentow? rzucil szef…. ja bym zdazyla, tylko, zebym wiedziala, ktore dane i ktorych pacjentow…. szef nie mogl ich znalezc, moj komputer jak na zlosc zaczal sie zawieszac, a szef mial tylko 30 minut na lunch, bo pozniej pacjentow mial. wiec w koncu zniecierpliwiony machnal reka, ze jutro mi powie. ja sie troche przejelam, ze przeze mnie Jara dostanie kody dopiero jutro, ale trudno, umawialismy sie na fleksybilny czas pracy, to tak wlasnie pracuje, a szef to wie, bo mamy do dyspozycji swoje kalendarze i zawsze zapiasuje z wyprzedzeniem, kiedy wychodze o 14.00. 

z wyrzutem sumienia (znow!) pojechalam po dzieci do szkoly, a tam znajoma pyta, czy dzieci mogly by do niej przyjsc pobawic sie z jej synami, rowiesnikami moich. o jak sie ucieszylam;) chlopaki tez. wrocilam do pracy, dzwonie do szefa, ze juz jestem, ze jak ma czas, to moze mi wytlumaczyc, o jakie dane chodzi. po 2 godzinach szef wchodzi i cieszy miche:

– co, zestresowalem cie?

– no tak, bardzo – odpowiadam pol zartem, pol serio. – no, nie, chlopaki zostaly zaproszone do kolegow, wiec moglam wrocic.

– o, a ja myslalem, ze ci na odcisk nadepnalem – cieszy sie dalej szef

– Paul, moglbys mi na 10 odciskow nadepnac, a ja i tak, gdybym nie miala z kim zostawic dzieci, nie wrocilabym:)

– oj znam to, znam, sam mam dzieci. – i dalej sie cieszyl…

szef, mimo 54 lat, ma dzieci w wieku moich chlopakow:) wiec wie, w czym rzecz i sam nieraz gna na leb na szyje, zeby odebrac ich z hokeja, urodzin czy szkoly.

dane pacjentow zakodowalam, studentka je dostala, a ja mam spokojny wieczor:)

wyrzut

zlapal mnie dzis wyrzut sumienia. 

od kilku dni Szkrab jest taki niewyrazny, ale ze energie do klotni z bratem ma, na glos donosny sile ma, na rowerze zasuwa, ze ledwo go doscignac moge, wiec do szkoly chodzi. mimo ze prosze o noszenie szalikow i (cieniutkiej) czapki, bo wiatr lodowaty, dzieci do szkoly ida ubrane jak chca (tak, luby, luby…), czyli z szalikiem i czapka w kieszeni badz w plecaku, ale nie na szyi czy glowie.

wiec gderam. gderam, ze jak nie beda sie cieplo ubierac, to jak bedzie ich bolec gardlo, glowa lub zlapie ich katar maja sie sami leczyc, skoro tacy sa dorosli. wczoraj rano Szkrab byl marudny, narzekal, ze boli go gardlo… goraczki nie mial, wiec pogderalam, ze ja musze pracowac, tato musi pracowac, babci nie ma, wiec nie ma zmiluj sie: do szkoly, do swietlicy, bo bol gardla z wlasnej winy. dosc lekko potraktowalam sprawe.

wieczorem widzialam, ze sie chorobsko wyklulo… Szkrab wyl, ze nie moze przelykac:/ dalam ibuprofen dla dzieci, Szkrab zasnal, a rano wstal bez bolu gardla. goraczki nie bylo, cala noc przespana bez huku, wyslalam do szkoly.

poszlam oodebrac dzieci ze szkoly, a nauczycielka Szkraba podchodzi i mowi, ze wczoraj Szkrab poplakiwal w szkole, ze go gardlo boli, ale nie kazal do mamy dzwonic, bo mama musi pracowac, tata musi pracowac, a babci juz nie ma… 

troche bylam zla na nauczycielke, bo to ze Szkrab nie kaze dzwonic, to jednak nie jest najwazniejsze… pani mogla zadzwonic i mi powiedziec co jest grane, zebym to ja podjela decyzje czy moge wyjsc z pracy czy nie. 

Szkrab na szczescie szybko wydobrzal, ale wyrzut sumienia mnie szarpnal…

robie za psychologa, mediatora

szef od czas do czasu wpada, zamyka nerwowo drzwi, wznosi rece do gory i zaczyna wylewac zale na ludzi, z ktorymi nie idzie sie dogadac. tak bylo tez dzis. a ja siedze, kiwam ze zrozuminiem glowa, choc nie zawsze do konca rozumiem, kto i czym tak go wkurzyl;) ale grunt, ze wyslucham, powiem, ze tak to z naukowcami jest, dodam, ze przeciez nie kazdy jest w stanie szefa zrozumiec i juz jest lepiej. po 10 minutach szef proponuje kawe, ja powoli zjezdzam na inne tematy (zawodowe, ale inne), odciagam uwage szefa od problemu, irytacji, szef czuje sie lepiej, ja tez i dobrze jest:)

dzis szefowi opadly rece, bo od roku walczy z panami od oprogramowania, ktorzy jakos nie moga spelnic zyczenia szefa. on zaprojektowal bardzo praktyczny program (oprocz tego, ze jest chirugiem, jest tez informatykiem), ale nie ma czasu, zeby go zrobic, wiec poprosil szpitalnych informatykow, zebu mu ten program zrobili. a tu ciagle cos nie tak. dzis szef klapnal ociezale na krzeslo i rzekl: ty to zalatwisz. bedziesz mediatorem! miedzy mna a tymi ludzmi (od programowania). uzyjesz swojego wdzieku i bedziemy miec w koncu program! wdzieku… ja to mam wdziek, jak ktos jest dla mnie mily i mnie slucha. a jak ktos mnie nie slucha, to jestem jedza walaca prawde prosto z mostu… chyba trzeba bedzie krotka spodnice zalozyc;)

mediatorka jestem tez w sprawach studentow. oni przychodza do mnie, ponarzekaja, ze szef zalega z czytaniem artykulow, wnioskow do komisji etycznej, czy innych dokumentow. a ja mam na szefa sposob;) wiem, ze jego skrzynka, na dzien dzisiejszy liczy sobie ponad 3500 e-mailow… nie ma wiec sensu wysylac mu artkulu e-mailem. ja sobie artykul drukuje, ide z nim pod pacha do szefa, pytam grzecznie, czy moge tylko jedno pytanie zadac, a jak juz sie rozsiade, to za jednym zamachem przez caly atykul przelecimy:D

lubie swoja prace:)