takie luzne mysli

Szkrab to zakreceniec do kwadratu. Poszedl wyniesc smieci. Po chwili wrocil z dziwnym usmieszkiem. Pytam: co, wyniosles? Zapomnialem wziac smieci:DDD

Luby ze Szkrabem kupili sobie dezodoranty. wrocoli do domu, poniuchalismy, porownalismy. w po chwili luby poparzyl sie w palec. Szkrab idzie do ojca z dezodorantem i cieszy miche: popsikac???

studentka lubego dostala sie na specjalny program doktorancji. kolegi lubego tez. konkretna lubego nie. luby dzieci sie wiadomosciami z kolega. kolega skwitowal: no, to wszystko gra;)

nie do smiechu bylo wczoraj szefowi. nie powiedzialam mu dzien przez wyjazdem na wakacje, ze prace juz mam. powiedzialam, ze szukam nowej pracy. zeby sie oswoil z mysla. a jak wroci, to wtedy powiem mu juz prawde. on sie tego chyba spodziewal. przeklnal, walna reka w stol, ale widzialam, ze nie byl zly na mnie. to byla bezsilnosc. powiedzialam, ze tych doktorantow, ktorym mamy teraz chce z nim razem do konca doprowadzic, ale nowego narybku juz nie dam rady wyszkolic. niech to zrobia doktoranci, ktorzy juz koncza. szef widzial, ze sie mecze w mojej funcji, widzial, ze wyroslam z plaszczyka i ludzil sie, ze zdolam kupic nowy, wiekszy plaszczyk na chirurgii. niestety, ordynator mi powiedzial, ze nie ma szans. ja wiem, ze szansa jest, ale dla naukowca ordynatora;)

we wtorek mam jeszcze negocjacje co to szczegolow mojej nowej pracy. zobacze, ile uda mi sie zdzialac.

Dzieki, sw. Jozefie!

wstawiles sie za mna. zalatwiles mi to, co wydawalo sie nieosiagalne…

mam nowa prace. prace, o ktorej od kilku lat marzylam.

dostalam mozliwosc stworzenia mojej wlasnej linii naukowej. nowy oddzial, nowi ludzie, nowy temat. zaczynam od zera. i jestem taka szczesliwa.

te nowa prace zawdzieczam sw. Jozefowi, Elianie i Harremu z oddzialu patologii.

oferte wyczailam ja. Eliane, w stylu Gordona Ramsaya przygotowala mnie do rozmowy kwalifikacyjnej (lecialy gromy, oj lecialy:DDD), a Harry-patolog byl moim referentem.

wczoraj o 10.10 mialam polgodzinna rozmowe kwalifikacyjna z ordynatorem interny, z szefowa geriatrii i expertem w dziedzinie immunologii.

o 15.00 dostalam wiadomosc od patologa: wlasnie wyglasilem laudatio na twoj temat.

o 16.00 zadzwonila szefowa gieriatrii: druga runda jest niepotrzebna. gratuluje. kiedy mozesz zaczac?

sacze limoncello i wciaz nie wierze.

teraz mam innego stresa. jak ja to powiem szefowi… on sie wscieknie. albo zalamie. albo i jedno i drugie.

*******

Pan Bog przemawia przez ludzi. Z Eliana nie mialam kontaktu przez wiele lat. jak sie spotkalysmy pisalam poprzednim razem. Spotkalam ja w odpowiednim czasie, odpowiednim momencie. ”Przypadkiem”.

Na referenta wybralam pewnego pana, z ktorym wspolpracuje. Wieczorem o 22.00, na kilka godzin przed rozmowa kwalifikacyjna cos mnie tknelo – sprawdzilam… referent jest na wakacjach. nie przyszlo mu do glowy mi powiedziec, ze nie bedzie dostepny w czasie, kiedy go bede potrzebowac. szybko przeanalizowalam, do kogo mam zaufanie, i przyszedl mi do glowy ”prof. Harry” – patolog, z ktorym wspolpracowalam ponad 15 lat temu, gdy jeszcze bylam doktorantka. Harry, ktory mial do mnie slabosc/sympatie;) Harry, ktory jako jedyny spytal mnie, jakie mam plany zawodowe, po tym, gdy obronilam doktorat. Harry, ktory jest takim dziwakiem, ze albo sie go kocha, albo nienawidzi. ja go lubilam. dwa lata temu sie spiknelismy przy okazji jednego projektu. a wczoraj wyglosil na moj temat ”mowe” pochwalna. jedni nazwa to szczesliwym przypadkiem. inni powiedza, ze tak wlasnie dziala Pan Bog – przez ludzi. ja naleze do tej drugiej grupy.

dziekuje Ci, Panie Boze. i sw. Jozefie, patronie pracy.

o Elianie

jakis czas temu spotkalam moja Eliane, ktora byla moja… w sumie to troche prowadzaca, troche mentorka, podczas mojego doktoratu. razem bylysmy na kilku konferencjach, ona wskazywala mi droge, gdy pisalam pierwsze artykuly i to, czego sie od niej nauczylam, wkladam do glow moim studentom.

na wiele lat nasze drogi rozeszly sie. kilka lat temu dowiedzialam sie, ze Eliane ma raka piersi. zaleczono go. kilka miesiecy temu dowiedzialam sie, ze Eliane ma przerzuty do kosci, do mozgu, ze kregoslup zlamala… zadzwonilam do niej, podziekowalam jej za te lata, w ktorych byla dla mnie mentorka.

miesiac temu wpadlam na nia przypadkiem w szpitalu. porozmawialysmy przy sklepiku z ksiazkami.

dwa tygodnie tem wyslalam wiadomosc: jak sie masz? jestem w szpitalu – odpisala. moge wpasc? – spytalam. moglam. przyszlam, pogadalysmy o niej, o mnie… powiedziala, ze za dwa dni maja ja wypisac do domu. juz mialam odchodzic, ale tak mnie tknelo: masz transport do do domu? no wlasnie, nie bardzo… – odpowiedziala. no to ja cie zawioze, daj znac kiedy. zgodzila sie. a… przynioslabys mi komunie sw. do szpitala? – spytala. nie wiedzialam, czy moge… zadzwonilam do naszego ksiedza, ten wyrazil zgode i w niedziele poparadowalam z Panem Jezusem do szpitala. ta sytuacja byla dla mnie niesamowitym przezyciem. ja, byla ”uczennica” Eliany, ide do niej z komunia sw… obie sie wzruszylysmy, gdy jej udzielalam komunii.

w poniedzialek odebralam ja ze szpitala. w dniu wypisu byla na morfinie. przymulona, skolowana i przerazona, bo okazalo sie sparalizowalo jej prawa strone; ledwo co ciagnela prawa noge, prawa reka zwisala bezwladnie. zalozylam jej buty, wzielam jej walizke i poszlysmy do samochodu. w nastepna niedziele zawiozlam ja do kosciola. gdy przyjechalysmy do domu byla padnieta.

mimo takiego stanu zdrowia, bardzo mi pomogla; jeszcze nie moge pisac w czym, ale swoja pomoca pokazala mi jaki wciaz ma sprawny mozg, jaki niesamowity intelekt. choroba zaatakowala cale cialo, mozg tez, ale nadal pozostala ta madra mentorka, ktora zapamietalam z czasu doktoratu.

nie wiem, ile czasu jej zostalo. przyjechala do niej siostra, za kilka dni przyjada rodzice. nie wiem, czy bede jej mogla jeszcze w czym pomoc. ale ciesze sie, ze moglam z nia poprzebywac choc te kilka godzin.

znieczulenie nowej generacji;)

bylam dzis u dentysty. jakos poprzednim razem nie zakodowalam sobie, ze dwa zeby, ktore trzeba bylo zalatac, sa na dole, po przeciwnych stronach. w sumie nic takiego, ale jak sie zeby leczy przy znieczuleniu, ktore lapia/znieczulaja jezyk na kilka godzin, i jak sie wie, ze dwie godziny ma sie wystapienie przed chirurgia, to… lapie czlowieka taki niepokoj;) siedze na fotelu i mowie dentyscie: za dwie godziny mam referowac – dam rade po tym zniczuleniu? Taka mam nadzieje, rechocze dentysta… on rechocze, a ja sie poce i zastanawiam, czy nie przelozyc leczenia drugiego zeba na inny dzien, zeby choc polowe geby miec sprawna.

no nic, dentysta strzelil znieczulenie i… pierwsze zdziwienie: nie czulam zadnego uklocia! jakis tam ”cyk, cyk” uslyszalam i nagle poczulam, ze trace czucie po lewej stronie twarzy i jezyka. ok… mile zaskoczenie. dentysta skonczyl leczyc zeba, puka mnie w jezyk i pyta: wrocilo czucie? no wrocilo!!! – mowie ze zdziwieniem. po jakis 15 minutach! dentysta zadowolony mowi, ze to znieczulacz nowej generacji. super. no to mozemy jechac z drugim zebem. z drugim zebem poszlo tak samo. zanim wrocilam do szpitala, zanim wparowalam na chirurgie, nie czulam juz zadnego znieczulenia, moglam sprawnie mowic.

dentysta zaskoczyl mnie tez pozytywnie cena korony, ktora mnie czeka. tak wiec, po wakacjach umowie sie na upiekszanie uzebienia.

Zwykly telefon

czytam o matce, ktora zostawila, najprawdopodobniej niecelowo, dziecko w samochodzie na caly dzien. straszna tragedia. bardzo wspolczuje kobicie, jej mezowi, calej rodzinie… ani razu nie przyszla mi do glowy mysl ”jak mozna zapomniec o dziecku w samochodzie”. mozna. potrafie sobie wyobrazic, ze zabiegana matka, pewnie czesto funkcjonujaca na autopilocie, moze sobie o dziecku zapomniec. sama nie raz podjezdzam do domu i nie wiem jak ja do tego domu wrocilam. bezmyslnie. na autopilocie.

tej tragedii mozna bylo zapobiec. jeden telefon ze zlobka – widzimy, ze nie przywiozla dzis pani dziecka – czy moze jest chore? przeciez normalnie mowi sie (w pracy, w szkole, w zlobku), ze sie jedzie na wakacje, ze nas nie bedzie. a tu… nikomu sie lampka nie zapalila, ze dziecka nie ma? a moze zapalila, ale nikogo to nie obchodzi?

moje dzieci nie chodzily do zlobkow, ale ze szkol nie raz do mnie dzwoniono, gdy np. dziecko bylo chore, a ja zapomnialam badz nie zdazylam zadzwonic, zeby to zglosic. kilka tygodni temu dzwoniono do mnie ze szkoly Szkraba, kiedy spodziewam sie, ze wroci do szkoly, bo tydzien siedzial w domu z powodu covida.

czemu z tego zlobka, do ktorego chodzilo dziecko zostawione w samochodzie, nikt nie zadzwonil? jeden telefon uratowalby zycie nie tylko dziecka, ale zycie, ktore ma, a moze juz nie ma, przed soba matka, ojciec – bo jak tu zyc, bo takiej tragedi?

odbicia

nie sadzilam, ze tak mi kiedys odbije. kupilam psu basenik….upal taki, pies sie meczy, przeciez futro nosi… a wode kocha, nie przepusci zadnemu stawikowi. niech sie chlodzi w ogrodzie, we wlasnym basenie…

dobrze, ze moglam zapomniec

mialam dzis zebranie z ordynatorem. wchodze do gabinetu a on takim jakims wspolczujacym tonem pyta jak sie mam. gorczakowo zaczelam myslec, czemu mialabym sie zle czuc (ton glosu ordynatora to sugerowal)…. w koncu mowie, no… dobrze sie czuje, a czemu pytasz? no bo covida mialas – odpowiada ordynator. Aaaa, smieje sie, to bylo dwa tygodnie temu, juz o tym zapomnialam. Cale szczescie, smieje sie ze mna ordynator.

Smiejemy sie, bo nam nic po covidzie nie pozostalo. ale wielu naszych kolegow ma jakies post-covidowe dolegliwosci. moja ulubienica z Iraku ma takie klopoty z pamiecia, ze musiala zawiesic specjalizacje i doktorat. chodzi na jakies terapie i nic jej to nie pomaga. 30 letnia dziewczyna…

6 rano

o 6 rano to sie spi – jasno zakomunikowal mi dzis pies. wstalam wczesnie, bo mam dzis wizytacje podczas wykladu i chcialam sobie jeszcze wszystko raz w glowie ulozyc i wydrukowac w pracy pare dokumentow. Szybki prysznic, schodze na dol i… normalnie pies juz czeka na dole machajac ogonem, chodzacy za mna jak cien, zebym przypadkiem nie zapomniala o jego spacerku.

dzis o 6.10 pies podniosl glowe, otworzyl jedno oko i mnie olal. Wlasnie wybila 7.00. Ja wyklad przelecialam, kawe wypilam, zrobie wiec jeszcze makijaz i nie ma co czekac, psisko, idziemy! Pobudka!

stara?

nie wiem czy ja sie robie stara czy moje ego uroslo niezdrowo, ale nie wytrzymalam i dalam w pracy czadu. zjechalam naszego chinskiego doktoranta i wymierzylam mu surowa kare – pozbawilam go pierwszej pozycji na naszej wspolnej publikacji naukowej. szef twierdzi, ze doktorant przeszedl samego siebie i mu sie nalezalo. a ja po tej calej akcji siedzie i sie zastanawiam, czy slusznie postapilam… jako ze doktorant nie wywiazal sie jak nalezy z ”zadania domowego”, przejelam paleczke, przez co on stracil pozycje. ale ja nie jestem sw. Mikolajem, zeby wokol rozdawac prezenty… poprawilam glupoty, ktore doktorant wysmarowal i za przyzwoleniem szefa wskoczylam na pierwsza pozycje wsrod autorow artykulu. doktorant sie wsciekl. ja tez. szef postawil doktoranta do pionu. i…tyle.

w miedzy czasie robie tzw. University Teaching Qualification, zeby miec papierek. papierek, bo to, czego sie uczymy… eeee…. raczej mi sie nie przyda. pierwsze zadanie domowe, ktore musialam zrobic, bylo esejem na temat… mojej filozofii nauczania. zeby napisac ten esej wzielam laptopa, butelke wina i lampka za lampka, moj talent filozofowania wzrastal. do tego stopnia, ze uzyskalam nastepujacy feedback od prowadzacego kurs: ”Thank you very much for your teaching philosophy. I am extremely happy to see how you think about your education and how you includes your values in your teaching. You describe a variety of issues in detail and nicely point out how they relate to your values. Extremely well done!”

Luby kwiczal ze smiechu i jako ze on tez powinien zdobyc kwalifikacje nauczyciela akademickiego, spytal, czy bym mu tez jakas filozofie nauczania napisala;) nie, bo wpadne w alkoholizm;)

Przede mna jeszcze dwa kursy i dwa esseje…

a wracajac do chinskiego doktoranta… po godzinnej burzliwej dyskusji, doktorant stwierdzil, ze moj szef jest dla niego jak ojciec, wiec skoro on postanowil, ze ja mam byc pierwszym autorem, to doktorant to akceptuje. tym stwierdzeniem olal mnie – swoja co-promotorke. wiec dostal jeszcze bardziej w skore. i ja i szef bardzo szczerze i bolesnie wygarnelismy mu, ze jeszcze nie mielismy doktoranta ktoremu ”dr Czips” (nigdy, ale to nigdy nie uzywamy naszych tutulow naukowych, gdy prowadzilmy naszych studentow, ale w tym przypadku szef przyjal oficjalny ton;)) musialaby pisac artykuly i kontrolowac referencje. Po tym wszystkim nasz doktorant z glupim usmieszkiem spytal, czy mu napiszemy referencje, bo chcialby aplikowac o pozycje post-doca. mysle, ze jak zobaczy nasze referencje, to z nich zrezygnuje. bo nie beda one dobre.

covid zaliczony

tydzien temu wyszly mi na tescie dwie kreseczki. trzy dni przelezalam w lozku, kolejne trzy dni nabieralam sil, siodmego dnia prowadzilam konsultacje dla studentow on-line, a dokladnie tydzien po tym, jak test wyszedl mi pozytywny, poszlam z psem na trening, potem ogarnelam roze, bo jedna wlasnie przekwitla, a na innych krzakach, ktore przygotowuja sie do kwitniecia, zauwazylam objawy grzyba; wieczorem zaliczylam z lubym 50-te urodziny znajomego. jako ze urodziny byly w ogrodzie, troche przemarzlam, ale bawilam sie wysmienicie. niby jestem zdrowa, ale ciagle nie do konca fit. latwo sie mecze, ze spacerow wracam spocona jak mysz, boli mnie glowa, niby chce mi sie jesc, a co spojrze na jedzienie, to mnie odrzuca – wszystko mnie strasznie denerwuje.

siedze na kanapie, ogladam tv, drapie psa, czytam ksiazke i tak mnie strasznie ta moja niedyspozycja wnerwia. luby patrzy i pyta ostroznie: jak sie czujesz? mowie, zem jakas taka nieswieza, rozmemlana, slaba i ze strasznie mnie to denerwuje. luby sie smieje z politowaniem ”no wlasnie widze”:DDD.

irytuje sie, ale dziekuje Bogu, ze jestem tylko slaba i rozmemlana. na imprezie urodzinowej spotkalam mloda kobiete z 5-6 letnia coreczka. tak sobie gadamy, smiejemy sie, ona pije piwko za piwkiem, ja sacze winko; luby tak na luzie pyta, czym ona sie zajmuje, ona na pseudoluzie mowi ”niczym, choruje”, no to luby pyta, a na co, a na raka… zlosliwy nowotwor nerki. z przerzutami do kosci… mam jeszcze kilka miesiecy – mowi kobieta. i w tym momencie czlowiek nie wie co powiedziec. ciezka sprawa, mowi luby…, ja kiwam glowa, ona tez… kto cie operowal? probuje jakos ”o tym” rozmawiac, choc nigdy nie wiem jak; slyszac nazwisko chirurga, ktorego uwielbiam jako kolege, mowie kobiecie, ze jest w dobrych rekach, ale obydwie wiemy, ze nawet cudowne rece nie sa jej w stanie pomoc. ale i tak, ona wychwala lekarzy, jak bardzo jej pomogli, jak sie nia cudownie zajeli. takie momenty przewartosciowuja nasze priorytety, marzenia i ambicje.