wariatkowo z czworonogiem

wrocilam z bardzo mokrego spaceru z psina. chyba jeszcze nigdy w takim deszczu nie paradowalismy. na spacer zalozylam ocieplane kalosze, ocieplany plaszcz przeciwdeszczowy, skorzane rekawiczki i… bylo fajnie. psina poszla jak ja Pan Bog stworzyl. wrocilismy do domu, zdjelam kalosze, plaszczyk zarzucilam na kaloryfer, a psina… zapomnialam go wytrzec, wiec pies sam sie wytarl: najpierw w dywan, potem pogazowal na gore wytrzec sie w moja posciel;)

w Polsce kupilam National Geographic, zeby poszukac inspiracji na wakacje. Chodza za mna juz od lat Bieszczady, ale raz, ze daleko, a dwa, ze jest zakaz wprowadzania psow na teren Parku Narodowego. A ja psiny w zadnych hotelikach nie zostawie na wakacje. psina jedzie z nami. W National Geographic znalazlam artykul o Saskonii Szwajcarskiej i… zakochalam sie w widokach od pierwszego wejrzenia. Jeszcze bardziej zakochalam sie w tym rejonie, gdy odkrylam, ze Niemcy maja przewodnik turystyczny dla… wlascicieli psow! Przewodnik juz zamowilam:) Na dodatek, Saksonia Szwajcarska jest polozona tak blisko Czech, ze i o Czechy zahaczymy. Z psem:) Co prawda, z psina nie wejdziemy do zamczysk, do palacow, ale to nic… albo wysle panow samych, a ja zostane z psem, albo w ogole zapomnimy o kulturze na najblizsze kilka lat. przyznam, ze moj mozg bardziej potrzebuje przyrody, zieleni, zapachu gor, niz kultury.

A Mamie obiecalam jednodniowy wypad do Kalisza, do Sanktuarium sw. Jozefa. Mam swoja intencje… i wierze, ze sw. Jozef, patron pracy, rozpatrzy moja sprawe, pchnie mnie we wlasciwym kierunku i w koncu uzyskam spokoj wewnetrzny.

hormony czy ki pies…

dopadlo mnie takie zmeczenie, ze juz spac nie moglam. po kilku dniach wakacji znow spie normalnie.

przegielam z praca. za duzo przed ekranem. za duzo roznorodnosci. za duzo niekompetentnych ludzi (kolega Jan znow przegial – szef go tak zjechal, ze Jan nie pokazuje sie juz w pracy; pracuje w domu, ”bo covid” i tylko czasem w weekendy przychodzi, zeby jakies dokumenty podpisac – strasznie chora sytuacja).

dobrze, ze mam psa. spacery z nim uchronily mnie przed burnoutem. jestem tego w 100% pewna.

praca to jedno. a hormony tez mi zycia nie ulatwiaja. moje estrogeny i progesteron zmierzaja w kierunku poziomu menopauzowego. zmiany te uderzaja w moja psychike – robie sie placzliwa i dopadlo mnie cos, o co w zyciu bym siebie nie podejrzewala – stany lekowe. i dwutygdoniowe pms-y. na razie postanowilam uderzyc terapia naturalna, od srodka. zafundowalam sobie diete H-burn: https://szybkaprzemiana.pl/h-burn-dieta-10-dniowa-problemy-hormonalne/

narobilam sie, ze hej. ale warto bylo. pms trwal jeden dzien, placzliwosc minela i nabralam troche energii. moze byloby lepiej, gdybym w 100% przestrzegala zasad gry. ja jednak pofolgowalam sobie z kawa: 2 na dzien musze wypic, bo inaczej peka mi glowa. a na pekanie glowy to ja czasu nie mam. czemu sie narobilam? bo strasznie duzo siekania, blendowania – ale warto. ta dieta to dla mnie sama przyjemnosc jesli chodzi o smaczki. ta ilosc warzyw, to moje klimaty. i co ciekawe…. ani razu nie bylam glodna. w sumie… choc nie wolno, zmniejszalam porcje, bo nie bylam ich w stanie na raz zjesc. zrobilam jedna rundke. kilka dni ”odpoczelam” i od jutra zaliczam druga runde. warzywa juz zakupione:)

pojechalismy na cztery dni do Polski. chcialam zobaczyc rodzicow. Psisko pojechalo z nami. i spisalo sie na medal. na poczatku nie bardzo sobie potrafilo znalezc miejsce, ale w koncu, po dwoch dniach, uspokoilo sie. bylam pod wrazeniem moich rodzicow. i tato, i mama poszli z psem na kilka spacerow:) i w ten sposob zjednali sobie psa, ktory na nich ani razu nie zawarczal (a na obcych lubi sobie czasem powarczec). Psisko szybko nauczylo sie, ze do kuchni nie ma wstepu i do pokoju wypoczynkowego – lezal sobie w przedpokoju i patrzyl sie na nas:) tato i mama wychwalali, ze ladny, ze grzeczny, ze madry… choc oczywiscie usluszalam, ze ja tego psa najbardziej rozpieszczam… bo mu do lozka pozwalam wchodzic:DDD pozwalam. moj pies i pozwalam. uwielbiam jego psi zapach, cieplo jego siersci i mokry nos. i juz.

Panstwo labedziowie

ide z psiskiem na spacer a nad stawem, w trawie pani labedziowa najwyrazniej siedzi na jajkach! jak krolowa. pies zaintrygowany ciagnie w strone labedziowej, a ja ciagne psa od labedziowej, bo wiem, czym to grozi. labedziowa lekko zaklekotala dziubkiem a mezunio juz sie napial, szyje naprezyl i mierzy nas wzrokiem, oj mierzy…

mowie do psa stanowczo: idziemy! idziemy! to sygnal, ze nie ma mowy o szczekaniu. czasem sygnal dziala, czasem nie. na szczescie tym razem zadzialal, pies sie opamietal i obeszlismy rodzine labedziow bez awantury.

pomiedzy

co roku na Wielkanoc walcze z soba: robic – nie robic? chodzi o zurek, o jakis tam mazurek, pisanki, przygotowanie sniadania wielkanocnego, bialego obrusu…. chlopakom nie zalezy, wracz przeciwnie, zurek jedza, bo tak trzeba, luby zje go ”z milosci”, mazurek wszyscy pochawala, jaki ladny, a potem jedza go albo goscie, albo ja sama. w tym roku nie mamy gosci, ale jest pies – moze on mi pomoze…

robic – nie robic?

w tym roku wyjatkowo mi sie nie chce.

wczoraj przemoglam sie do mazurka.

dzis rano na szybcika zagniotlam ciasto do sernika, po swieconce mase serowa, po poludniu sernik sie upiekl.

z zurkiem walczylam. musialam isc z psem dwa razy na spacer, zeby w koncu sie zdecydowac. o 21.00 skonczylam gotowac.

pieknie pachnie. ja tak uwazalam. panom ”smierdzi” (chlopaki nie owijaja w bawelne ) badz ”mocno pachnie” (luby jest delikatniejszy).

i znow jakies wewnetrzne poczucie obowiazku wzgledem tradycji zmusilo mnie do ugotowania tego minimum.

drabinka przeciwpozarowa

po tym, jak wczoraj przeczytalam o 10-letnim dziecku, ktore zginelo w pozarze domu… zamowilam Bizonowi drabinke przeciwpozarowa. bo on by z poddasza nie zdolalby uciec, gdyby nas takie nieszczescie jak pozar dopadlo. i czujniki przeciwpozarowe dwa tez jeszcze zamowilam.

jak drabinka przyjdzie, to… trzeba bedzie z Biozem chyba przecwiczyc schodzenie po drabinice z trzeciego poziomu. az mnie mdli jak o tym mysle. ale trzeba…

co ja za to chce

jakis czas temu pani od planowania opercji spytala, czy bym zadzwonila do polskiej pacjentki, zeby ja zaprosic na operacje-spontana, bo jakis inny pacjent z planningu wypadl. no pewnie. zadzwonilam, pacjentka sie bardzo ucieszyla, ze operacja sie odbedzie szybciej niz myslala i spytala, czy bym zgodzila sie byc jej tlumaczka w szpitalu, bo bala sie, ze czegos moze nie zrozumiec. no pewnie, nie ma sprawy. dalam jej moj nr tel. i powiedzialam, zeby zadzwonila, gdyby mnie potrzebowala. tak sie fajnie zlozylo, ze operowal ja moj ulubiony chirurg, z ktorym wspolpracuje na polu naukowym. chirurg pacjentka zachwycony, w ogole cala ekipa w szoku, bo pani trzy dni po bardzo powaznej operacji wyglada jakby ze spa wyszla – srodki przeciwbolowe raz dwa odstawila, zaczela chodzic, jesc i tryska optymizmem i radoscia. to i ja zadowolona, ze taka latwa rola mi sie trafila; gorzej byloby by byc tlumaczem w sytuacji, gdzie sa problemy. a tak, posmialam sie z pacjentka, pogadalam z nia – taki mily przerywnik w mojej pracy zawodowej… w miedzy czasie wypelnilam jej wniosek do gminy o pomoc domowa, obiecalam, ze we wtorek zadzownie do gminy i spytam, co i jak.

wczoraj zegnam sie z pacjentka a ona pyta sie mnie: a ile ci sie nalezy za ta pomoc?

zaniemowilam. nic. dlaczego mialoby mi sie cos nalezec… chcialam, to pomoglam i juz.

wracalam do mojego biura z takim zadziwieniem w srodku. zdziwilo mnie pytanie tej kobiety… przeciez to normalne, ze jak moge, to pomoge…

********************

dwa tygodnie temu zmarla z powodu powiklan pocovidowych moja przyszywana ciocia, najlepsza przyjaciolka mojej mamy. dwa dni temu jej maz, moj przyszywany wujek. przyszywani, a jak cieplo ich wspominam… szczegolnie taki obraz mi utkwil w pamieci: jestemy w gosciach i cioci i wujka. ciocia jeszcze cos wieczorem prasuje, a jednoczesnie rozmawia z moimi rodzicami. ja juz leze w lozku, ale przyglam sie, przysluchuje sie rozmowom. w pewnym momencie ciocia uderzyla sie w glowe i otwarta szafe. a moj wujek podbiegl do niej i pocalowal jak male dziecko, w stluczona glowe. taka czulosc. milosc. to i laczylo. odeszli prawie razem. wspolczuje ich dzieciom. stracic rodzica to straszny bol. a oni stracili i mame i tate w tak krotkim odstepie czasu.

Swoj.

zanim pies dolaczyl do naszej rodziny, mialam roznego rodzaju obawy, m. in. dotyczace higieny. nauczona bylam, ze po glaskaniu psa / kota nalezy myc rece, bo bakterie, bo sie liza, jak to mama mawiala ”pod ogonem” i kto tam wie, co w ich slinie, itd. poza tym zwierzeta maja swoje zapaszki, ktore nie zawsze musza sie podobac. no ale jak tu myc po KAZDYM glaskaniu rece???? toz by mi wyschly na amen. i cala otoczke naturalna bym zdarla, gdybym tak czesto myla rece. bo zanim jeszcze mielismy psa, ja juz wiedzialam, ze bede go czesto glaskac;) i nie pomylilam sie.

mamy psa i higiena legla.

nasz pies jest SWOJ. i moze wskakiwac do lozka, moze spac razem z dziecmi, moze siedziec z nami na kanapie – ba, ja juz sobie nie wyobrazam siedziec na kanapie bez psa! i nie, nie myje rak po glaskaniu NASZEGO psa. on jest tak zintegrowany z nami, ze po prostu nie odczuwam, ze on jest ”innym organizmem”. przytulam go, caluje, wtulam w niego nos i w ogole sie nie brzydze. i uwielbiam to uczucie. uwielbiam zapach naszego psa, jego siersc, jego dotyk, namolny pyszczek, lapki, ktore miziaja:)

dzis zrobilam psu swinstwo: wypralam mu poduszke i kocyk. pies sie obrazil. spi na dywanie. ech… on nie rozumie, ze posciel czasami nalezy odswiezyc;)

Notatniki

z okazji urodzin dostalam dwa piekne notatniki. jeden z skory (uwielbiam ten zapach), drugi z ozdobami w stylu gotyckim. format B5.

i nie wiem, co ja mam w nich notowac.

codzienne zapiski (zakupy, sprawy do zalatwienia) spisuje… ”ekologicznie”: na kopertach pozostalych z korespondencji z banku, ubezpieczalni, itp. taki mam zwyczaj i wygodnie mi z nim. latwo wziac taki papierek ze soba niz caly notatnik.

mam jeden maly notatniczek, w ktorym zapisuje pomysly na prezenty albo ewentualnie, jak przygotwuje jakas impreze, to spisuje do kogo musze zadzwonic, co musze zamowic, ale najwyrazniej malo spraw organizuje, bo ten notatniczek (polowa z B5) mam juz od jakis 5 lat i jeszcze polowy nie zapisalam.

tak sie zastanawiam… czy Wy takie notatniki macie i uzywacie? a jesli tak, to co w nich takiego zapisujecie???

bo ja mam dwa piekne notatniki i jedyne, co mi przychodzi do glowy, to przekazac je dalej, a szkoda mi;) za ladne sa, zeby je komu oddac:DDD

byc bezdzietna na kilka dni

dzieci maja tydzien ferii. jako ze mam strasznie duzo pisania i czytania i jako ze i tak nic ambitnego bym z dziecmi nie mogla zrobic (bo wszystko pozamykane), wyslalismy dzieci do tesciow. na piec dni. dzis mija drugi dzien. spokoj. blogi spokoj. czuje okropne wyrzuty sumienia, bo jak to jest: chce czlowiek miec dzieci. ba, ja marzylam o dzieciach. o trojce. od zawsze. mam raptem dwojke i co? i ciesze sie, ze mam. ale ciesze sie tez, gdy te kilka dni w roku moge nacieszyc sie cisza. prawdziwa cisza…

wykonczona i samotna

kiedy bylam z dziecmi w domu, nie raz czytalam jaki to luksus, jak to matka niepracujaca zawodowo ma dobrze, ze nie ma prawa byc zmeczona, ze co maja powiedziec kobiety, ktore oprocz dzieci i domu, maja jeszcze prace zawodowa. kiedy bylam z dziecmi w domu, moglam opisywac ile chcialam, tlumaczyc ile chcialam, dlaczego ja, matka ‚siedzaca’ w domu, jestem padnieta. nikt, oprocz matek ”siedzacych w domu” mnie nie rozumial.

teraz chodze do pracy. od 6 lat. i teraz moge objektywnie ocenic jak to jest byc matka ‚siedzaca’ w domu i matka zawodowo aktywna.

w skorcie: nie wiem jak ja wytrzymalam to siedzenie w domu. patrze wstecz i… sama siebie podziwiam. bo siedzac w domu bylam wykonczona i bardzo, ale to bardzo samotna. siedzac w domu, nie mialam czasu siasc. moze dlatego, ze bylam matka ambitna? a moze dlatego, ze ja po prostu nie umiem siedziec? moze dlatego, ze mialam dwoje malych dzieci, ktore wychowywalam bez asysty babc, nian i sasiadek, i w asyscie dzieci chodzilam do fryzera, dentysty, kupowac ubrania? moze dlatego, ze uwazalam, ze skoro siedze w domu, to dom ma byc lsniacy, pachnacy, perfekcyjny? moze sama sobie narzucilam taki rygor, ze zawsze mialam rece pelne roboty… moze i tak. ale nie to mnie meczylo. to mnie chyba ratowalo przez szalenstwem. teraz dopiero widze, jak meczyla mnie samotnosc. jak mnie ciagnelo do ludzi. dlatego lazilam z dziecmi po placach zabaw, malpich gajach, bibliotekach, targach, muzeach… byle spotkac ludzi, byle z kims pogadac, posmiac sie, zamienic slowo.

teraz, gdy pracuje ma pelny etat, mam czas, zeby z szefem wypic kawe, zjesc lunch, pogadac, siasc, uslyszec swoje walsne mysli. teraz potrafie odpuscic porzadki, perfekcyjne gotowanie; teraz dzieci wynosza smieci, odkurzaja, luby sporzata po obiedzie, robi sniadania… teraz mam te chwile dla siebie.

ciesze sie, ze bylam w domu gdy dzieci byly male. nie zaluje tego czasu. ale gdy czytam o luksusie matek siedzacych w domu z dziecmi, pedze z odsiecza i wsparciem, choc slownym, dla tych matek. bo wiem, ze nie siedza.