Nagla zmiana tonu

dzwonie dzis do notariusza, bo mam rozne swoje watpliwosci co do dokumentu, ktory sporzadzil. notariusz odbiera i dosc opryskilwiym tonem mowi, ze nie ma dostepu do dokumentu, o ktory chce zapytac, bo jest chory, ale prosze pytac, mowi. No to pytam. Nie jest mi dane skonczyc pytania, bo znow dosc opryskliwie mi przerywa i zaczyna odpowiadac na pytanie, ktorego nie zamierzalam zadac. Znow probuje zadac pytanie, znow opryskliwy ton i nerwowa odpowiedz w stylu ”przestan sie czepiac babo i tak nic nie rozumiesz”. Wscieklam sie. Chlodnym tonem powiedzialam, ze poczekam az pan notariusz wyzdrowieje, bo nie podobami sie jego ton i sposob, w jaki udziela mi odpowiedzi. Powiedzialam, ze zadzwonie jak bedzie zdrow, do widzenia i rozlaczylam sie. Sekunde pozniej dzwoni notariusz – slodziutki ton, zupelnie inny czlowiek – nie zdobyl sie na przepraszam, ale przegrzecznym tonem mowi: prosze sie nie rozlaczac, ja wszystko pani wytlumacze.

Ja tonu nie ocieplilam – zimno i konkretnie pozadawalam pytania, podziekowalam za odpowiedz i powiedzialam (tylko i wylacznie na zlosc notariuszowi), ze jeszcze zadzwonie do sadu, zeby sie upewnic co do moich watpliwosci co jednego zapisu w ksiegach wieczystych.

i tak to postawilam do pionu pana notariusza.

ale dlugo po tej rozmowie bylam w szoku. on mnie, swoja klientke, ktora kupe kasy zaplaci za kilka stron standardowego dokumentu, powiniec grzeczniutko i profesjonalnie przeprowadzic przez wszystkie punkty dokumentu, ktory przygotowal, wszystko ladnie wytlumaczyc. gdybym byla na miejscu, poszlabym do innego notariusza… ale tak to jest jak sie zalatwia sprawy przez telefon, zza granicy….

Wojna

patrze z niedowierzaniem na to, co sie dzieje na Ukrainie. z jednej strony niedowierzanie, z drugiej… przeciez to bylo tylko kwestia czasu.

rozmawiam z ukrainska stazystka w naszym szpitalu – ona i jej rodzina do konca nie wierzyla, ze Rosja zaatakuje.

mam nadzieje, ze Ukraina zwyciezy i ze ta wojna w koncu uswiadomi calemu swiatu, ze z Rosja sie nie negocjuje, nie robi biznesow, ze Rosji sie nie ufa. przynajmniej tak dlugo, jak Putin nia rzadzi. brzmi w moich uszach sarkazm taty: ”pani Merkel, wielka przyjaciolka Putina”, ”Holendrzy nie lepsi, uzalezniaja sie od ruskiego gazu”… – sluchalam, przytakiwalam, ale nie bralam na serio przepowiedni taty, ktore 24 lutego sie spelnily. a teraz slucham premiera Holandii, ktory zapewnia, ze zrobimy ”wszystko” by powstrzymac te agresje i… rozumiem prezydenta Ukrainy wolajacego o konkretna pomoc, a nie tylko puste slowa wsparcia. bo co im po slownym wsprciu Europy? ciesze sie, ze UE zdecydowala sie na wyslanie broni do Ukrainy – tylko…. czy nie za pozno? Czy Ukraina zdola sie bronic przez kolejna noc, dobe?

Zle spie. Budze sie i modle sie za Ukraine, za ich zolenierzy, za cywilow. sprawdzam wiadomosci. sprawdzam, czy prezydent Ukrainy zyje, czy Kijow nadal sie broni… sprawdzam czy Putin juz zemscil sie na Polsce za pomoc, jaka oferujemy czy jeszcze nas oszczedzil… kazda noc zarwana. ale to nic w porownaniu z tym, co ludzie w Ukranie czuja, przez co oni przechodza.

A przy okazji tej wojny otwieram oczy – w jakim kraju ja zyje. Pomijajac puste slowa naszego premiera, w sumie, zero konkretnej reakcji rzadu holenderskiego, patrze i slucham ludzi wokol mnie. dotarlo do mnie jak bardzo rozni sie mentalnosc Polakow, Ukraincow od Holendrow. Pytam najblizszych: co byscie zrobili, gdyby taka sytuacja zainstniala w Holandii. 99% ludzi odpowiada: ucieklbym do innego kraju.. luby, Bizon – nie walczyliby. luby: ” nie jestem zolenierzem., dlaczego mialbym narazac swoje zycie?” ”zeby bronic niepodleglosci” – tlumacze. ”jak kazdy by uciekl, kto by bronil Twojego kraju?” – ”inni”- mowi luby. To samo Bizon. Szkrab i ja zostalismy. Nie wyobrazam sobie uciec wiedzac, ze moge pomoc. ze moge wesprzec walczacych chociazby opatrujac ich rany czy opiekujac sie dziecmi… na tle wojny wyostrzaja sie roznice w mentalnosci Holendrow i Polakow. nie dziwie sie lubemu, nie dziwia mnie te roznice. Holandia nie przeszla przez to, co Polska… i po raz pierwszy chyba, jestem tak bardzo dumna z Polski, z naszej odwagi, historii, przeszlosci i terazniejszosci.

Walcz Ukraino. Walcz.

Prezent na Walentynki

ani luby ani ja romantyzmem nie grzeszymy i Walentynek jakos nigdy nie przyszlo nam do glowy swietowac. ale… kazdy pretekst jest dobry, zeby kupic cos, o czym sie od jakiegos czasu mysli, a jednoczesnie probuje sie oszczedzac na budowe domu;) Walentynki zmobilizowaly mnie do zakupu prezentu rodzinnego – wagi z analiza ”skladu” ciala, zawartosci roznego rodzaju tluszczow, miesni, kosci, czy basic metabolic rate (podstawowa przemiana materii?). jak nigdy w ciagu 3 minut zainstalowalam aplikacje na telefonie, uzylam wage (i oczywiscie przerazilam sie wynikami, co tylko zmobilizowalo mnie do podjecia kolejnej diety ”mniej zrec”;)). przyszla mlodziez ze szkoly – pelny zachwyt! u mlodziezy parametry idealne, choc jak zwykle, Bizon blisko dolnej granicy, Szkrab blisko gornej – tacy sie urodzili i tacy pewnie zostana.

Przyszedl luby z pracy. Zarzucilismy go naszym entuzjazmem. A luby… a luby jak pacjenci onkologii – nie bedzie sie badal, bo sie boi:DDD w koncu pod koniec dnia zaryzykowal. stanal na wadze i coz… tez przydaloby sie isc na diete;)

przed chwila przychodz wiadomosc od lubego: rano bylem 1 kg chudszy, ale reszta dalej za wysoka. czyli sie zwazyl;) to dobrze. moze cos dotrze.. moze cos zmieni sie w jego podejsciu do jedzenia smieciowego, ktore tak bardzo lubi.

co ciekawe, i luby i ja nie jestesmy postrzegani za ludzi z nadwaga. moje BMI jest idealne. lubego juz nie, ale i tak, luby nie jest gruby. ta waga pokazuje jak na dloni, ze samo BMI nie mowi duzo. musze sie wziac za swoj tluszcz, ktorego mam duzo za duzo…

no, i taki to prezent nam sprawilam z okazji Walentynek:D

Dzialka wybrana

jeszcze tylko formalnosci i mam dzialke budowlana 5 km od domu rodzicow. mielismy jechac ogladac ta dzialke ‚na wlasne oczy’, ale z powodu moich covidowcow jestesmy uziemieni. ale poniewaz dzialka znajduje sie w okolicy, gdzie ukazala mi sie tecza i poniewaz okolica ta bardzo mi sie podoba, poniewaz rodzicom tez sie dzialka podoba (byli, ogladali, widzieli), biore w slepo, zanim mi ja ktos sprzatnie sprzed nosa.

za rok mamy nadzieje zaczac budowe. juz szukam planow, juz jestem podekscytowana:)

zorientowany tato

tato sobie upatrzyl samochod w Holandii. prosil zeby luby zadzownil i spytal o rozne sprawy i zeby cene troche zbil. ale luby jak to luby… on takie klocki dobry nie jest. nie o wszystko co prosilam zapytal, o negocjacji ceny to nawet mowy nie ma. mowie to tatowi, a tato, ok, nie ma sprawy. po jakims czasie mama mi przysyla wiadomosc: tato wynegocjowal cene.

okazalo sie, ze tato z uzyciem google translator napisal e-maila do tego Holendra. i wszystko co chcial zalatwil. tak wiec za dwa tygodnie przyjedzie po samochod.

za dwa tygodnie, bo my covidowcy. Bizon przyniosl ze szkoly. Bizon juz praiwe zdrowy, ale luby od wczoraj choruje. to ja i Szkrab pewnie za 2-3 dni polegniemy…

taryfy w kosciele

od czasu do czasu slysze oburzenie, ze w jakis tam parafiach ksiadz zyczy sobie za pochowek, za slub, za wydanie jakiegos dokumentu iles tam pieniedzy, ze sa taryfy, ze sprzedaja uslugi wg cennika… kto to widzial! ja mialam do tej pory takie szczescie, ze wszystko bylo co laska, nawet slub i chrzty dzieci. ale w sumie… to przyklaskuje cennikom. Cennikom dla ”gosci”, czyli tych osob, ktore nic wspolnego z kosciolem nie maja, ale gdy czegos im trzeba, to nagle sobie o nim, raz na 10 lat, przypominaja.

jako ze jestem sekretarzem przy naszym kosciele, czytam i odpisuje na rozne e-maile. wstawiam tez ogloszenia na facebooka. dzis dostaje przez messangera pytanie: ”czy moge dostac zaswiadczenie o byciu chrzestnym”. Nazwisko goscia mi nic nie mowi. Nie jest zapisany w naszej kartotece. Pytam Ksiedza, czy go zna – nie, nie zna. No i teraz…. jak Ksiadz ma zaswidczyc, ze ten pan spelnia wymogi chrzestnego? Na piekne oczy? Zaswiadczenie to zaswiadczenie – cos trzeba zaswiadczyc. Ale co Ksiadz ma zaswiadczyc???;) Ze goscia nie zna?

Ksiadz patrzy na to od strony uczciwosci. A ja patrze z innej strony – nasza misja utrzymuje sie ze skaldek osob, ktore do niej przynaleza, regularnie chodza do kosciola, rzucaja na tace, przyjmuja ksiedza na kolede i z racji tej koledy tez cos tam ofiaruja… jesli wszyscy bedziemy traktowac kosciol tak jak ten pan, to z czego ta instytucja ma sie utrzymac? jeszcze inaczej – dzieki osobom takim jak ja i tym wszyscy, ktorzy co niedziele sa na mszy, kosciol moze sie utrzymac. Z jakiej racji, osoby, ktore nigdy do kosciola nie chodza, maja korzystac z instytucji, na ktora ja place? to niech chociaz za ten papierek zaplaca…

Ksiadz opowiadal mi, ze kiedys zaswiadczenia nawet poczta wysylal i… nikt nie spytal sie nawet ”ile za znaczek”. wiec Ksiadz przestal byc taki uprzejmy.

I dobrze go rozumiem.

balans w zyciu

uczestniczylam dzis w spotkaniu na temat balansu w zyciu. kazdy z nas mial wybrac na skali od 0-10, jak ocenia swoj zyciowy balans. stwierdzilam, ze jestem totalnie niezbalansowana, bo najpierw pomyslalam 0, potem stwierdzilam, ze nie jest tak zle, ze smialo moge sobie dac 8, ale po wysluchaniu kilku osob, spadlam do 3… kiedy przyszla kolej na mnie powiedzialam: nie wiem. jednego dnia jestem blisko 10, innego blizej zera. tak wiec, wnioskuje, ze moje zycie jest calkowicie niezbalansowane, a moze ja sama jestem niezrownowazona, jesli te punkty tak sie wahaja z dnia na dzien. prowadzacy spotkanie drazyl, pytal, mialam wrazenie, ze szukal dziury w calym;) w koncu spytalam go jaka jest wg niego definicja balansu zyciowego. prowadzacy spotkanie John nie byl przygotowany na takie pytanie; jest przyzwyczajony do tego, ze my gadamy. wybrnal z tego tak, ze na nastepny raz, kazdy z nas ma przedstawic swoja definicje balansu.

z ciekawosci, rzucilam okiem na internet i znalazlam cos, co w moim przypadku trafia w samo sedno: ”Nigel Marsh zwraca uwagę na 4 kluczowe elementy (dotyczace balansu). Jednym z nich jest rozpoznanie rzeczywistości, w której się znajdujesz. Przyjęcie tego, że pewne zawody czy ścieżki kariery uniemożliwiają nam zachowanie równowagi między pracą a życiem osobistym. Dobrze jest to dostrzec i zaakceptować, zamiast wprowadzać się w permanentny stan wyrzutów sumienia i tego, że nie mam czasu”.

To co wytluscilam i zaznaczylam kursywa dotyczy mnie. niewazne, co rozumiemy przez rownowage zyciowa. w moim przypadku rownowaga miedzy zyciem osobistym a zawodowym jest raczej niemozliwa. aby ja wypracowac, musialabym zmienic prace, obnizyc swoje ambicje, zawodowe oczekiwania, porzucic marzenia, a to… uczynioby mnie nieszczesliwa. natomiast zaakceptowanie tego, ze w moimi zyciu dominuje praca zawodowa, odpowiadanie na e-maile wieczorem, pisanie projektow w weekend i prowadzenie studentow podczas wakacji nie jest dla mnie problemem, bo ja to po prostu lubie. ale gdy jestem padnieta, gdy czuje, ze przegielam, ze moje cialo mowi stop, stopuje, regeneruje sie i gdy znow mam sile… wracam do starych zwyczajow.

i to powiem na nastepnym spotkaniu drogiemu Johnowi.

taka radosc

na chirurgii dzieciecej mamy wspaniala sekretarke. jesli ktos nie wie jak cos zalatwic albo jak biurokracja nasz przerasta badz biurokraci zbywaja, idziemy do niej. mamy juz nawet powiedzienie, ze jak Sahar czegos nie zdola zalatwic, to znaczy, ze tego sie nia da zalatwic. taka Sahar od spraw beznadziejnych… kilka miesiecy temu mama naszej sekretarki dostala diagnoze-wyrok: galopujacy rak mozgu. Sahar wziela kilka tygodni wolnego, zeby sie mama zaopiekowac. no i odczulismy jej nieobecnosc bardzo bolesnie. nie bylo osoby, nawet spoza naszego oddzialu, zeby za nia nie tesknila. od czasu do czasu wymienialysmy wiadomosci na prive. az w koncu, w grudniu, Sahar napisala, ze od stycznia wraca. z mama coraz gorzej… ale ona wraca, bo w domu oszaleje. rozdzielila obowiazek opieki nad mama miedzy siastra, bratem, ojcem, sama tez ”wziela dwa dni” na opieke nad mama i wrocila do pracy.

jak mi wczoraj napisala, ze wraca, odpisalam: no to bedzie impreza! no i byla. wchodze do sekretariatu z bombonierka, a tam juz stos innych smakolykow, i ludzi… i radosc taka. najlepsza byla jedna z chirurzek (jak sie nazywa pani chirurg?????): wlasnorecznie narysowala kartke z haslem ”Witamy!!!”; na kartce naszkicowala sylwetki calej ekipy z chirurgii dzieciecej. na wszelki wypadek kazdego podpisala, ale to nie bylo konieczne – kazdego dalo sie zindentyfikowac.

mysle, ze Sahar nie zapomni tego dnia. mysle, ze mimo smutku, jaki wnosi choroba jej mamy, ten dzien bedzie wspominac z wielka radoscia.

*******************

a mnie dzis zaskoczyl ordynator. po skonczonej dyskusji spytal o zdrowie. mowie, ze lepiej, ale nadal mam zawroty; slabsze, rzadziej, ale nadal sa. a kto cie prowadzi? – pyta dalej. mowie, ze neurolog mnie skierowal do centrum od zawrotow glowy, ale tam sie czeka ponad rok na wizyte. mowie, ze GP skierowala mnie do innego szpitala, tez do specjalisty od zawrotow glowy, ale tam tez kolejka. wiec na wlasna reke znalazlam fizjoterapeute ”od zawrotow glowy” i w czwartek mam pierwsza wizyte. ordynator powiedzial krotko: przeslij mi namiary na to centrum, to zrobie, co w mojej mocy, zeby przyspieszyc ci wizyte.

ordynator mnie zaskoczyl, bo nie mamy jakis bardzo zazylych relacji, raczej chlodno-biznesowe. szef od badan naukowych nie pyta, nie pomaga, a wydawaloby sie, ze to z nim mam blizsza relacje… ”prawdziwych przyjaciol poznaje sie w biedzie”…

Lobuzy

Szkrab obiecal wyprowdzic dzis po szkole psa. Nawet liscik napisal, ze wyprowadzi. Nie wiedzial, ze ja dzis planuje w domu pracowac. Pojechal wiec po szkole do kolegi. Bez telefonu.

Dostaje od kolegi wiadomosc: ”Szkrab jest u mnie. Ale po szkole, zanim do mnie przyjechalismy, wzielismy psa na spacer”. Odpisalam: ”Nie prawda. Pies siedzi caly czas kolo mnie”. Kolega Szkraba: ”ooo…”. Udalam bardzo sroga mame i kazalam Szkrabowi wracac do domu, bo pies na niego czeka. Ale chlopcy sie pokajali i zaoferowali, ze jutro i pojutrze wyprowadza psa. Zobaczymy;)

teczowa dzialka

bedac w Polsce, obejrzelismy z lubym i agentem jedna dzialke budowlana. prawie ja kupilismy. prawie. bo moje watpliwosci rosly z godziny na godzine. luby jak zwykle, nie mial watpliwosci. on to by kupowal i po sprawie. a ja chodzilam i sie gryzlam: obok dzialka rolna, i co jak nam jakas farme kurza wystawia? torfowisko – grunt miekki, trzeba bedzie utwardzac, zeby dom postawic… ile to bedzie kosztowac… a co wokol domu? – po torfie bedziemy brodzic? sasiedzi… nikogo tam nie znam, domy w oddali… kto nam bedzie domu pilnowal, jak bedziemy w Holandii? i tak rosly te moje watpliwosci… niby juz ”tak” powiedzielismy, juz spotkanie do przedplaty bylo zorganizowane, ale jednak poprosilam o dwa tygodnie do namyslu. bo sie gryzlam. a taka dzialka to nie buty, ktore za sezon mozna zmienic.

chodzilam i gryzlam sie. chodzilam z psem, ma sie rozumiec. ale sie psina nachodzila. a ja nagryzlam. i namodlilam. bo jak trwoga, to do Boga;) podczas jednego spaceru mowie do Pana Boga: daj mi prosze jakis jasny znak. jasny. bo ja glupia jestem i subtenych znaczkow to ja nie czaje. wrocilam do domu bez odpowiedzi.

wrocilam i mowie to taty: zadzwon to tego znajomego, ktory w okolicy tej dzialki mieszka, podpytaj go o ten torf, o sasiadow… tato podpytal. Znajomy powiedzial, ze tam i tam sa ladniejsze dzialki do sprzedazy. No to podjedzmy, mowie. i pojechalismy. Pojechalismy na wies przyklejona do miasteczka, w ktorym mieszkaja moi rodzice. z polowa mieszkancow tej wioski do podstawowki chodzilam. dzialka polozona 4 km od domu moich rodzicow. wysiadam z samochodu, rozgladam sie, no i… podoba mi sie. Patrze w gore a tam.. TECZA. ja na tecze patrze przez pryzmat przymierza, ktore Pan Bog zawarl z ludzmi. jak te tecze zobaczylam, to az sie na glos zasmialam. juz jasniejszego znaku chyba nie moglam dostac. zrobilam zdjecie teczy i uspokoilam sie.

Wrocilismy do domu. Mama pyta: i jak? Mamo, tecza! Tecza tam byla. Mama odebrala te tecze dokladnie tak jak ja:)

Dzialki nadal nie mam. Ale wiem, gdzie jej szukac:)