mowic dobrze o innych

im jestem starsza, tym bardziej probuje nie mowic zle o innych. bo po co sie kwasami zatruwac? lepiej kwasy olac, a poswiecic energie na pozytywy. zdazy sie, ze zapomne o moich probach i ponarzekam na kogos, ale po tym od razu czuje sie jakas taka ciezsza, przygaszona, jakos mi tak niefajnie.

i tak bylo w piatek, gdy probowalam pisac moze pozegnalna pewnej osoby. nie dalam rady napisac jej w piatek. w sobote rano lezalam w lozku i robilam w myslach liste pozytywnych cech tejze osoby. no bo jednak kazdy ma jakies pozytywy. zrobila sie calkiem dluga lista tych pozytywow. negatywy swiadomowie wypieralam. w koncu, godzine przed przyjeciem siadlam i spisalam wszystko na kartce. odrecznie. pedalujac na impreze powatarzalam w mysli przemowe… pffff, jeszcze nigdy tak na ostatnia chwile tego nie robilam.

a potem weszlam i przemowilam. tak juz jakos mam, ze w momencie gdy przemawiam, jestem tak skupiona na tym, co mowie, ze zapominam o stresie. dopiero po przemowie poczulam zakwasy w ramionach, piekace uda, skurcze w stopach – oznaka stresu.

na przyjeciu podeszlo do mnie kilka osob i pogratulowaly, ze tak ladnie, ze tak od serca, pare kobiet powiedzialo, ze plakaly jak mowilam, ze ja to silna baba jestem, ze tak potrafilam… a ja… ja wzielam sobie do serca slowa lubego: reprezentujesz grupe ludzi. do tego przeszlo mi przez mysl, ze przeciez nie musze kogos lubic, nie musze sie z kims przyjaznic, zeby moc powiedziec o tej osobie pare dobrych slow, zeby nie podziekowac, za to co bylo dobre. i olac to, co bylo niedobre.

po imprezie, ktora grzecznie skonczyla sie o 18.00 poszlysmy z trzema babkami na ”poprawiny”. poszly dwie butelki wina, usmialysmy sie przednie. tego mi trzeba bylo.

hipokryzja

JA. jutro zegnamy pewna osobe. osobe, z ktora wspolpracowalam ponad 5 lat. wspolpracowalam z ta osoba nie dlatego, ze ta osobe jakos cenialm czy lubilam, tylko bardziej dla dobra ogolu. ja organizuje pozegnanie, zarezerwowalam sale, poczestunek, kase, prezent. a teraz o 22.30 mysle, ze jeszcze mowe pozegnalna powinnam wyglosic. i…. nie wiem jak sie do tego zabrac. jako ze sama jestem zegnana w pracy w bardzo cieply sposob, juz nie wiem ile e-mailow z gratulacjami, podziekowaniami i zyczeniami na przyszlosc dostalam, nawet od ludzi, od ktorych bym sie tego nie spodziewala, ze wiem, ile takie pozegnanie znaczy. duzo. ale nie potrafie zmusic sie do falszywego slodzenia, bo nie cenie osoby, ktora jutro bedziemy zegnac. wrecz przeciwnie, mysle, ze na tym zyskamy. a wiec siedze i utyskuje…. mowie w koncu do lubego: chrzanie to, nie bede dawac zadnej mowy pozegnalnej, bo nic milego nie potrafie powiedzec. ale moj madry luby postawil mnie do pionu i rzekl: jestes reprezentantka tejze grupy ludzi, wiec ta mowe wyglosisz nie w swoim imieniu, ale w imieniu calej grupy. dobra. w imienu calej grupy podziekuje za wieluletnia wspolprace. powiem to, co ta osoba chcialaby uslyszec. i wiem, ze niektorzy obecni na jutrzejszym pozegnaniu pomysla zem hipokrytka, ale beda tez tacy, ktorzy mi przyklasna. dobra, zrobie to w imieniu wiekszosci. swoje imie pomine.

SZEF (prawie byly). na popoludnie zaplanowalam ”overdracht”, czyli przekazanie spraw szefowi. glownie labu. bo szef nie ma pojecia gdzie i co jest, i do czego sluzy. zaplanowalam to przekazanie na popoludnie, bo w poludnie byl pogrzeb Eliane a rano mielismy jeszcze zebrania z kilkoma wspolnymi doktorantami. w przerwie miedzy doktorantami szef mowi: wiesz co, ty po tym pogrzebie idz do domu, bo wiadomo, ze po pogrzebie nikt nie jest w nastroju do ”overdrachtow”. w sumie, to mi to nawet pasowalo, i nie dlatego, ze bym nie byla w nastroju, ale dlatego, ze mam jeszcze sporo innych spraw do zakonczenia. nawet na reke bylo mi, ze szef wyszedl z taka inicjatywa, ale jakos mi to smierdzialo, bo szef az taki empatyczny to nie jest. ale nic. zaproponowal, ja sie zgodzilam, ze overdracht zrobimy w przyszlym tygodniu, w piatek – juz podczas moich oficjalnych wakacji. wychodze na pogrzeb, spotykam zone szefa – o czesc, konczysz prace? – pytam. tak, i czekam na meza (mojego szefa) bo jedziemy ogladac nowy samochod. no, dobrze czulam, ze smierdzi.

po pogrzebie spotkalam mojego bylego promotora, Lou. Lou mowi: ty czips na chirurgii teraz pracujesz, prawda? jeszcze trzy dni, mowie. O? – a co potem?, pyta profesor. a potem miesiac wakacji. Swietny pomysl – smieje sie profesor, a potem co? A potem ide na interne. Dostalam szanse stworzenia tam mojej wlasnej grupy naukowej – chwale sie. Moj promotor bardzo szczerze sie ucieszyl, pogratulowal mi, a ja usmiechnelam sie: ciesze sie, ze moge ci o tym powiedziec, to mozesz byc choc troche ze mnie dumny, zazartowalam. Troche???!!! obruszyl sie Lou:D a jak tak zazartowalam, bo ostartnio luby i jego kolega, ktorzych Lou tez byl promotorem, paradowali na obronie doktoranta i ubrani byli w togi. Lou tez byl na tej obronie. Widzac swoich bylych doktorantow powiedzial, ze peka z dumy widzac swoje ”dzieci” w togach, kroczace tuz przed nim. Ja o todze nawet nie marze, wiec ze mnie Lou moze byc choc ”troche” dumny;)

a ja jestem dumna z mojej doktorantki, ktora dzis urodzila syna. Zdjecie przyslala mi o 3.30 w nocy. Taka byla dumna:D

swiat sie kreci, ja sie krece…

jakis czas temu dostalam zaproszenie na wyklad pewnego specjalisty, ktory przybyl do naszego szpitala ze Stanow. od razu zapisalam w kalendarzu, kto, kiedy i gdzie. przed wykladem mialam zebranie, ktore oczywiscie sie przeciagnelo. punkt 10.00 przeprosilam towrzystwo i pognalam z jednego konca szpitala na drugi. do sali ”T” wpadlam zdyszana, prawie z zakwasami w lydkach, bo ostatni korytarz przebieglam na palcach, zeby nie halasowac obcasami, siadam i czuje, ze cos nie tak. ludzie siedza, niby ktos cos prezentuje, ale ci ludzie sie na mnie gapia, jakby pytali oczami: ”a to kto?”, czy moze raczej ”a ta co, z choinki sie urwala”? no nic, mysle, patrza, bo wpadlam kilka minut spozniona, bo z lekka zadyszka… po chwili moje uczucie, ze cos tu nie gra zaczelo rosnac: nie ma Harrego-patologa, ktory mnie zaprosil na wyklad. po chwili wiedzialam juz na 100%, ze jestem nie tu, gdzie powinnam byc, bo wyklad byl w j. niderlandzkim, a gosc, ktory mial prowadzic wyklad, przylecial ze Stanow. wyszlam wiec cichutko i mysle sobie tak… zanim wroce do swojego pokoju, zanim sprawdze kalendarz w outlooku, strace conajmniej jakies 10 minut. a pokoj lubego tuz za rogiem. wpadlam wiec do niego jak burza, luby zaskoczony, ”co sie stalo”? a nic, moglbys rzucic okiem do mojego kalendarza, bo nie wiem, gdzie mam byc. jako ze luby ma dostep do mojego outlookowego kalendarza, na wyklad spoznilam sie tylko 7 minut. wpadlam do sali ”P” (cale szczescie, ze P jest blisko T;)) i wiedzialam, ze wszystko sie zgadza: Harry-patolog strzelil usmiechem, wykladajacy gosc rzucil ”welcome” z amerykanskim akcentem i wiedzialam, ze jestem ”w domu”.

**************

jutro ide na pogrzeb Eliane.

*******************

w maju na koncert the Offspring.

And the world keeps on turning….

Zmarla Eliane.

Jest juz tam, z Panem. Tam, gdzie bardzo chciala byc.

Tutaj zostali zasmuceni rodzice, siostra, przyjaciele. Jestem myslami i sercem z mama Eliane. Mama, ktora pomimo wiary w zycie wieczne, nie mogla pogodzic sie z tym, ze jej dziecko odchodzi. Nie wazne, ze dziecko dorosle, dziecko juz siwe, po 50-tce. to jej dziecko. pierworodne…

Eliano, pociesz swoja mame…

w uszach brzmia mi slowa the Offspring… ”And the world keeps on turning…”

*******************

Ingrid pisze: Czipsie, ona (Eliane) bardzo Cie lubila.

Takie proste zdanie, jak wazne dla mnie – wazne, bo tak bardzo cenilam Eliane. Ona byla inna. Na ogol powazna. Jej oczy nieczesto sie smialy. W przeciwienstwie do mnie… moze dlatego sie lubilysmy? Przeciwienstwa sie przyciagaja… ja postrzelona, chaotyczna, wybuchowa, emocjonalna, ona stonowana, racjonalna, konkretna, mozna by powiedziec zimna… ale Eliane nie byla zimna; ona tylko nie pokazywala, co w niej siedzi. jej siostra wstawila w swoim profilu zdjecie Eliane – z profilu; przygarbiona, patrzaca sie w dal. Zachowam to zdjecie. W 100% odzwierciedla nature Eliane. Az chce sie zapytac: Eliane, o czym myslisz? Eliane…. jak Ci tam…?

***************

jak to jest, ze caly wieczor leca mi lzy…. przeciez wiem, ze Ty juz ze swoim Oblubiencem….

8 dzwiekow

zepsol sie stary dzwonek, wiec kupilismy nowy. w sklepie, ku irytacji lubego, zaczelam testowac dzwieki. ku mojej irytacji, byly tylko dwa rodzaje dzwiekow, albo ding-dong albo tan-tan-tan-tan / tan-tan-tan-tan. chcialam jechac do inengo sklepu, ale luby wyczytal, ze w takim dzwonku jest 8 dzwiekow i wywnioskowalismy, ze pewnie mozna sobie bedzie jakos ten dzwonek zaprogramowac na inny dzwiek. w domu luby patrzy, patrzy, kombinuje, i nie wie jak przestawic dzwiek na inny. w koncu dal mi dzwonek i mowi – sprawdz czy jest instrukcja na internecie. instrukcja do dzwonka???? nie ma. ogladam dzwonek, widze guzik ”code”, naciskam dluzej, krocej, kilkakrotnie i za kazdym razem testuje, czy dzwiek sie zmienil: tan-tan-tan-tan / tan-tan-tan-tan …. caly czas tam sama melodia. az w koncu mnie oswiecilo i do lez sie z lubym usmialismy, jak mu wytlumaczylam: 1) tan, 2 tan, 3 tan, 4 tan / 5 tan, 6 tan, 7 tan, 8 tan. Jest osiem dzwiekow? Jest.

biedny pies… tyle razy testowalam dzwiek, ze w koncu zaczal wyc (a rzadko wyje, glownie wtedy jak Bizon za wysokie dzwieki na skrzypcach produkuje). tym wyciem sklonil mnie to pomyslenia;) no i wymyslilam:D

a pies dzis upolowal pajaka. duzego. lapa przyniotl, wzial do pyska, ale widac pajak niesmaczny, bo go wyplul. a kilka dni temu kreta upolowal na kretowisku. na szczescie kret przezyl i szybko uciekl wglab ziemi.

polskie jablka

Generalnie nie jestem wybredna, wszystko mi smakuje, lubie poznawac nowe smaki, kosztowac, jesc. Dlatego nie naleze do tej czesci Polonii, ktora bedac na emigracji, co tydzien biega do polskiego sklepu po polskie pieczywo i wedliny, bo mi niderlandzkie ”gorzej” nie smakuje. jak luby kupi swieza bagietke, jak sobie porzadnie posmaruje maslem, to w ogole nie wiem, ze bagietka niepolska. niebo w gebie.

do polskiego sklepu chodze kupic twarog na sernik i zakwas na zur wielkanocny. i czasami po polskie jablka. bo wlasnie polskie jablka sa wyjatkowe. pachna. jablka w supermarkecie nie pachna. leza i wygladaja, ale nie pachna.

gdy bylismy dwa tygodnie temu w Polsce, tato dal mi pelna torbe jablek od nich z ogrodu; trzy odmiany. rozlozylam jablka w miskach po calym domu, wzielam do pracy i cieszylam sie ich zapachem (i smakiem).

dzis siedze w pracy, stuk, puk, ktos puka drzwi. drzwi sie uchylaja, a tam… pan Marian. z pelna reklamowka polskich jablek! zupelnie zapomnialam, ze mialam dzis robic za tlumacza… na szczescie pan Marian mnie znalazl. no i te jablka przyniosl. dawno sie tak z prezentu nie ucieszylam. nie dla mnie bombonierki, ozdobne ciasteczka i inne slodkosci. jak ktos mnie chce ucieszyc, to poprosze o polskie jablka – z ogrodu, nie z supermarketu. znow rozlozylam jablka, znow pachnie…. az szkoda jesc;)

13.59

Zaliczylam dzis stresa. przes ostatnie cztery dni nie robilam nic innego niz pisanie grantu, dyskutownaie, co ma sens, a co nie, ilu pacjentow mamy do projektu, ile co bedzie kosztowac, kogo mamy do projektu dodac a kogo nie, i jaka ilustracje rysujemy (tzn. ja rysuje) do schematycznego wytlumaczenia naszej hipotezy i planow.

wczoraj o 0.30 wrocilam do domu. wypilam lampke wina, zeby okielznac mysli i poszlam spac.

rano jeszcze przedzwonilam do finansow, czy sprawdzili kosztoryst. tak, ale maja pytania. i tak sobie ping-pongowalismy pytanami i odpowiedziami, i brainstormami jakby tu jednak kosztorys inaczej przedstawic do… 13.45.

15 minut przed deadlinem dostalam excela z kosztorysem podpisanym przed waznego pana.

w miedzyczasie odkrylam, ze rubryki, w ktorych moglam wstawic tekst, mieszcza max. 1000/2000 czcionek bez spacji, a ja zalozylam optymistycznie, ze 1000/2000 czcionek ze spacjami. tak wiec wiec w ostatniej chwili redagowalam tekst, skracalam zdania, wyrzucalam ozdobniki, typu ”importantly” czy ”hence”…

o 13.50 system on line zaczal sie zacinac. w tym samym czasie telefon zaczal szalec, wiadomosci od lubego, szefowej, kolaboratorow, pana od finansow zaczely przyplywac z pytaniami czy juz wyslalam – a ja walczylam z on-line submission systemem, ktory chyba byl zwyczajnie przeciazony przez ludzi takich jak ja: wysylajacych projekt na ostatnia chwile. bo coz, tak juz jest, ze 99% naukowcow wysyla projekty a ostatniej chwili.

o 13.59 wcisnelam guzik ”submit’. i nic. ”submit”. nic. i tak kilka razy. wybila 14.00…

zadzwonilam do ict. ulga. project zostal przelkniety przez system.

pffffff. adrenalina zaczela opadac. poczulam, ile energii i napiecia poswiecilam na to, zeby dopiac projekt do konca. i jak zawsze, obiecuje sobie, ze nastepnym razem lepiej to wszystko zaplanuje;)

psi wirus

jeszcze w sobote rano psisko zjadlo sniadanie, zaliczylismy kurs, a wieczorem juz psia kolacja ostala sie w misce. w niedziele sniadanie zostalo nietkniete, kolacja tez. wody w misce nie ubylo. sygnal jasny: psu cos dolega.

w poniedzialek wzielam go jeszcze rano na spacer… ”spaceeeeerek” – dre sie perliscie na caly dom… a psa nie ma. ”spaceeeerek, spaceeeerek!!!!” – czlap, czlap, czlapie psisko. chore psisko. jako ze wierze w pozytywne impulsy, wzielam to biedne psisko na spacerek, piesio poslusznie poczlapal. ucieszyl mnie, bo napil sie wody ze stawu. po chwili siadl. kurcze, czemu on siedzi, mysle – nie ma sily isc? beda go musiala niesc, te moje 20 kg (nie)szczescia? pies posiedzial, pokiwal sie i… zwymiotowal. ok, jasniej byc nie moze. pies jest chory.

wrocilismy do domu, zadzownilam do naszego polskiego weta. mamy przyjechac jak najszybciej. pojechalismy. pies malo nie pogryzl weterynarza, za to, ze mu termometr do odbytu chcial wsadzic:DDD temperatura lekko podwyzszona, termometr po wyjeciu z odbytu zielony, czyli jakas infekcja w jelitach. antybiotyk, lekarstwo przeciw wymiotom, na koncie ponad stowka mniej i… po 24h pies jak nowonarodzony.

wracamy od weterynarza, ja pilnuje psa, luby prowadzi, a mnie glupi smiech ogarnia. mowie do lubego: ten nasz pies to pewnie mysli, ze ten weterynarz to jakis zbok: ciagle mu cos do odbytu wpycha, a to palce (na odetkanie gryczolow, ktore juz dwa razy sie psiksu zatkaly) a to termometr…

najwazniejsze, ze pies odzyl, jesc zaczal i juz molestuje o pieszczoty.

dwa wariaty

wracam dzis z psem z treningu, przechodzimy pod wiaduktem, pies oczywiscie prowadzi… wiec jako pierwszy wyszedl spod tego wiaduktu. Za wiaduktem, po prawej stronie znajduje sie skarpa, dosc stroma, pokryta trawa. W momencie, gdy pies wystawil glowe spod wiaduktu, wiedzialam, ze bedzie draka, bo na ulamek sekundy pies zamarl, co oznacza, ze zauwazyl innego psa (ktorego ja jeszcze nie widzialam, bo szlam jakies 50 cm za psem). Ulamek sekundy to wystarczajaco, zeby zauwazyc, co sie kroi, ale za krotko, zeby zareagowac, tzn. przyciagnac psa do nogi i odciagnac jego uwage od innego czworonoga.

Pech chcial, ze na skarpie stal pies z tym samym temperamentem, czy raczej awersja do innych czworonogow, jak nasze psiko. Dlatego, gdy juz wyszlam z moim psem spod wiaduktu ujrzalam taki widok: wlasciciel psa lezy na trawie, glowa w dol i z calej sily trzyma smycz, na ktorej ujada psisko dwukrotnie wieksze od naszego lobuza. Pies tak gwaltownie skoczyl do naszego kundla, ze przewrocil wlasciciela. Widok przekomiczny. Nawet wlasciciel tego psa smial sie, mimo ze lezal i dzielnie walczyl, zeby pies mu sie nie wyrwal.

Nie mialam jak mu pomoc sie pozbierac, bo nasze psy by sie zagryzyly na smierc, jakbym sie zblizyla do tego pana. Podreptalam wiec szybko dalej i dopiero jak szczekanie z obydwu frontow ustalo, objerzalam sie. Pan juz stal i ciagnal swojego wielkiego psa dalej.

takie zarty

Kolega przychodzi po prosbie, a przy okazji pyta:

-czipsie, slyszalem, ze odchodzisz – gdzie idzisz?

– na geriatrie, pamiec juz nie ta – mowie

– wszyscy tam skonczymy, wiec jeszcze sie spotkamy – zartuje kolega

– spotkac sie spotkamy, ale ciekawe czy sie poznamy, he, he (w domysle: z powodu demencji)

i taki glupi smiech nas ogarnia.

smieje sie, ale zaczyna mi byc smutno. teraz, kiedy juz prawie odchodze, widze jak bardzo zzylam sie z chirurgia, jaka wiez mam z chirurgami. ponoc chirurdzy to trudni ludzie, a ja sie z nimi bardzo dobrze dogaduje… jak to bedzie z innymi lekarzami… moze bede zbyt bezposrednia, zbyt agresywna (slownie)? strach mnie ogarnia, bo na chirurgii juz z zamknietymi oczami moge improwizowac i tak wiem wiecej o badaniach naukowych, przepisach i statystyce niz koledzy. a na geriatrii… zaczynam od zera. juz nie zaimprowizuje… lekcja pokory mnie czeka.

We wtorek mialam ostatnie wyjscie z grupa. jeden ze studentow zorgnizowac kregle i restauracje. student nie wiedzial, ze moje pierwsze wyjscie z nasza grupa mialo miejsce dokladnie w tej samej kregielni i restauracji. i ze sentyment mnie sieknie. szefa tez.

Powiedzialam szefowi, ze wolalabym pominac pozegnalne przemowy, bo sie rozkleje. Szef to uszanowal. W czaise obiadu smiech mieszal sie ze smutkiem. szef siedzial jak struty. widzac to, i ja nie potrafilam sie bawic. Zzylismy sie…. 8 lat.

Dzis nasza sekretarka mowi: czips, jak to bedzie, przeciez wy to jak malzenstwo… kazdy wie, ze jestescie nierozlaczni, ze gdzie czips, tam Paul, i gdzie Paul tam czips… Nie wiem jak to bedzie. Wiem, ze bedziemy za soba tesknic. Mimo ze nie raz na szefa narzekalam, nie raz mnie irytowal, to im blizej naszego rozstania, tym bardziej mnie boli to nasze rozstanie. jego tez. probujemy sie usmiechac, udawac, ze wszystko ok, ale nie jest. jest zal.

najchetniej bym sie sklonowala i jednego czipsa zostawila na chirurgii, a drugiego pchnela ku ”karierze” w nowym swiecie.