ja zwariuje

kontraktu z interny nadal nie mam. czyli oficjalnie nowej pracy nadal nie mam. luby pociesza mnie, ze w naszym szpitalu to normalka, wszystko musi potrwac….

w tym czasie moj szefuncio znow zaczyna miec odpaly. dzis pozytywne. dzis fruwal prawie pod sufitem, bo ”dostal” sie do konsorcjum i bedzie mial tyle kasy, ze jeszcze mnie ze interny odbije. po dlugim monologu szefa mowie mu: ty nie musisz mnie odbijac. po prostu, zdobadz ta kase jak najszybciej, spisz szybko kontrakt gwarantujacy mi wyzszy tytul naukowy (ktory mi sie nalezy wg kryteriow naszego uniwersytetu, ale ktorego mi szef nie przyznaje, bo go na to finansowo nie stac), przenies mnie o dwie skale zarobkowe do gory (spelniam wszelkie warunki) i zagwarantuj mi diete na dwie zagraniczne konferencje naukowe na rok. szef sie zacukal na takie negocjacje….

a ja… z kamienna twarza negocjuje, a w srodku wymiekam. chce uciec od szefa, chce zaczac nowa prace.

pozegnanie

bylam dzis z wizyta, chyba juz ostatnia, u Eliane. nie wychodzi juz z lozka, prawa strone ma niewladna. mowi, ze nic ja juz nie boli. mowi lewa strona ust, prawa jej zwisa. jak na umierajaca osobe wyglada… kwitnaco. moze dlatego, ze jest pogodzona z tym, ze niedlugo przejdzie do nowego zycia? moze dlatego, ze jest tak bardzo wierzaca? nie wiem.

porozmawialysmy o cmentarzu, na ktorym to Eliane wykupila sobie miejsce i gdzie ja tez chce byc pochowana. Eliane byla zdziwiona, ze ja, teoretycznie zdrowa, juz sobie wybralam cmentarz. ja na to, ze mi sie ten cmentarz bardzo podoba, ze piekniejszego nie widzialam. na to Eliane, ze go nie widziala! jak to, wykupilas sobie na nim miejsce i go nie widzialas? bylam zdziwiona. no nie… jakos tam mi zeszlo, a teraz juz nie dam rady, odpowiedziala Eliane. No to jutro ci przysle zdjecie, powiedzialam. tak wiec czeka mnie jutro wyprawa na cmentarz.

rozmowa szla gladko, lekko. ale w koncu nadszedl czas pozegnania. przytulilam ja. pocalowalam. powiedzialam do zobaczania – albo tu, albo tam.

gdy juz wychodzilam Eliane powiedziala tym swoim spokojnym glosem: jestes dobrym czlowiekiem. bardzo mnie tym wzruszyla.

i tak sie pozegnalysmy.

co to bedzie

szefuncio sie uspokoil. juz normalnie wspolpracujemy. przyszly szef napisal, ze w nadchodzacym tygodniu dostane kontrakt do przeczytania (i podpisania, jesli go zaakceptuje).

w miedzyczasie koncze druga faze kursu na wykladowce akademickiego. dzis pol dnia pisalam zadanie domowe. pol dnia nie dlatego, ze takie trudne, ale dlatego, ze flaki z olejem, a ja wody lac nie potrafie. wiec kapalam, kropelka po kropelce… z jednej strony przejelam podejscie Holendrow ”byle zaliczyc”, z drugiej strony nie potrafie byle czego wyslac. staralam sie wiec cos sensownego splodzic, ale ciezko mi to idzie.

luby ma podobnie. w srode jego studentka odbierala dyplom magisterski. jako ze prace magisterska napisala nadzwyczajnie i ze obronila ja wspaniale, przyznano jej wyroznienie cum laude, a z tejze racji, luby musial wyglosic laudatio. pisze to laudatio i pisze, i meczy sie, i wzdycha… wolalbym artykul pisac niz mowe pochwalna, jeczy. w koncu napisal i poprosil mnie o recenzje. czytam, czytam i tak srednio… podpowiadam, zeby zaczal od tego jak sie poznali: ona napisala e-maila? spotkaliscie sie na jakiejs konferencji? ty ja zagadnales? luby wzdycha: nie pamietam…

pomiedzy tym wszystkim, po glowie lomocze mi sie strach: nowa praca, nowa specjalizacja, nowa grupa, oddzial, szef… co to bedzie… ludzie, co to bedzie… ech…

Przyszla baba do…

do fizjoterapeuty… bo przegiela z boksem;)

juz przed wakacjami ramie mi zaczelo odmawiac posluszenstwa. pojawial sie dziwny bol. jako ze zawroty glowy mi przeszly, napisalam do mojego fizjo, ktory leczyl mnie z zawrotow glowy, zem zbyt fanatycznie podeszla do boksu i ratunku, boli mnie ramie. opisalam, gdzie, mnie boli i dzis rano zawitalam u Alexa.

Napisalam, ze boli mnie ”czubek” ramienia, tak z przodu, a Alex… zabral sie do tylnej czesci ramienia: dotknal jakiegos tylnego miesnia, a mi ogien w oczach stanal. Malo nie zawylam, ale natura naukowca zwyciezyla bol: Alex, jak to jest, ze naciskasz miesien z tylu ramienia, a mnie boli czubek ramienia i lokiec? Alex mi wszystko wytlumaczyl, ktory miesien z czym jest polaczony i co wg niego sobie podczas boksu naciagnelam. powbijal mi igly, co dalo efekt ”porazenia pradem” i czasowego pogorszenia / nasilenia bolu.

Jestem pod wrazeniem tego, jak w naszym ciele powiazane sa miesnie, nerwy, kosci… jaki maja na siebie wplyw. jestem pod wrazeniem Alexa, ktory po przeczytaniu mojego e-maila od razu wiedzial, gdzie ucisnac, gdzie wbic igle, gdzie wymasowac.

w srode ide na boks:) za przyzwoleniem Alexa: ”boksuj, ale opanuj fanatyzm;)” – latwo sie mowi;)

Rozmawiam z Alexem i poznaje siebie. widze, jaka jestem dla siebie niedobra, niecierpliwa, jak ciagle daje sobie popalic. nie umiem spokojnie, powoli. u mnie zawsze jest system 0-1: albo nie robie nic albo daje czadu…. biedne to moje cialo, umysl… nie jestem latwa osoba, ani dla siebie, ani dla bliznich….

Rozwod

Rozstanie szyfem odczuwamy obydwoje jak rozwod. Staramy sie byc uprzejmi, rozstac sie kulturalnie, polubownie, w zgodzie… Staramy, bo szef czuje sie jak zdradzony maz… tak przynajmniej sie zachowuje. Z jednej strony twierdzil, ze czuje sie, ze ”to” sie zblizalo (moje odejscie) i ze mnie rozumie, a z drugiej strony… wieje chlodem od niego, ze hej.

A miloby bylo po tych osmiu latach wpolpracy rozstac sie w cieplej atmosferze.

Padaja slowa, propozycje, rzadania, ktore pokazuja prawadziwy nature szefa. Nature, ktora znalam, ale poki wiernie mu sluzylam, to przeciwko mnie nie wykorzystywal. A teraz… no az zaluje, ze intercyzy naukowej nie spisalismy… wszystkie osiagniecia sa szefa.

W piatek spytal: zamierzasz przyjsc na zebranie z Maaike? A czemu mialabym nie przyjsc? Przeciez jeszcze tu pracuje – odparlam, udajac glebokie zdziwienie. Udajac, bo wiem, ze szef juz by mnie chcial z projektu z Maaike wyeliminowac. Z projektu, ktory ja przygotowalam, nad ktorym pracujemy w trojke od 1.5 roku i wlasciwie jestesmy w fazie koncowej – piszemy artykul. Nie, nie dam sie wyprosic z tych projektow, ktore zainicjowalam, przygotowalam i w wiekszej mierze zrealizowalam. Szefowi odpowiedzialam: przeciez wiesz, ze jak ja sie czegos podejme, to nigdy tego nie zostawiam niedokonczonego. Zaczelam ten projekt i skoncze go.

Szef zaciska zeby… nie powie wprost, ze chcialby mnie ukarac i wykopac z wszystkiego co sie da, zebym juz nie miala zyskow (naukowych) z obecnej pracy… Nie wykopie mnie. On dobrze wie, ze w naszym lokalnym swiatku naukowym ja mam wielu przyjaciol. on nie.

i jeszcze takie kwiatki

Bizon mial na dzis wizyte u ortodonty. o 10.10. do pracy mial na 11.00. Pochwalilam go, bo zaskoczyl na czas, ze plan jest napiety i ze trzeba by te wizyte przelozyc. Zadzwon, mowie, i przeloz. Nie, on nie bedzie dzwonil, mama ma zadzownic. Nie, mowie, to twoj ortodonta, twoja praca, masz 16 lat, czas najwyzszy zadbac o swoje interesy. nie, on nie bedzie dzwonil: ”zawsze dzwonilas, to w czym problem?” – spytal wygodnis. ”zawsze ci pupe po kupce wycieralam – dalej mam ci wycierac?” – odpowiedzialam.

wyslalam Bizonowi nr tel. i myslalam, ze synek zrozumial, ze mama go nie wyreczy.

dzis wracam z pracy, pytam jak bylo u ortodonty, a Bizon bardzo zdziwionym tonem mowi, ze przeciez mowil, ze nie pojdzie. a na kiedy przelozyles, pytam? nie przelozylem, ty mialas zadzwonic.

oj, wkurzylam sie. patrze do maila – jest rachunek za opuszczona wizyte. kazalam Bizonowi zaplacic. on oczywiscie protestuje, ale mu nie odpuszcze.

matczyne gesty i rozterki

wczoraj rano ugotowalam krupnik, ulubiona zupe Szkraba. ugotowalam gar wielki, zeby jeszcze zassac w sloik na przyszly tydzien. poszlam do pracy, wyslalam whatsapppa do Szkraba, ze zupa stoi, ze kolo poludnia pewnie jeszcze bedzie ciepla, wiec niech sprawdzi, moze nawet jej nie bedzie musial podgrzewac. piszac to, mialam na uwadze fakt, ze moje dzieci ”nie lubia” (= nie chce im sie) zup podgrzewac. Stac i mieszac? I czekac? Latwiej nie jesc. Albo zlapac jakies suche ciastko czy czekolade.

Krupnik rzeczywiscie byl kolo poludnia cieply (podejrzewam, ze cieplawy) – orzekl Szkrab. Wieczorem mowi: mamo, czy moglabys rano odgrzac zupe, to znowu sobie w poludnie zjem… Tak, odgrzeje, obiecalam. Obiecalam i mysle… szczyt lenistwa… moje dzieci sa tak rozpuszczone, ze nawet im sie zupy nie chce podgrzac. Boleje nad tym, szukam winy w sobie, a jednoczesnie bronie mych dzieci jak lwica, myslac: sa jeszcze gorsze przypadki;)

Wiec podgrzalam ta zupe, jutro rano ugotuje kalafiorowke, niech jedza, rosna i maja w doroslym zyciu wspomnienia cieplej zupy czekajacej na nich.

po wakacjach

pierwszy dzien po wakcjach zawsze jest troche ciezki… przynajmniej dla mnie. dzis byl podwojnie ciezki, bo poinformowalam szefa, ze odchodze. w sumie…, to sam sie spytal: i co, masz ta nowa prace? Spytal, bo zanim on wyjechal na wakacje (tydzien przede mna) powiedzialam mu, ze zlozylam podanie o nowa prace. Ulatwil mi zadanie, bo musialam tylko przytaknac.

8 lat wspolpracy. mimo dosc toksycznego charakteru mojego szefa, mimo ze nie raz mialam go dosc i zaciskalam zeby, zeby czegos wrednego nie powiedziec, ciezko mi bylo przytaknac. ot, przywiazanie…

no ale stalo sie. odchodze. teraz tylko jeszcze pytanie, do kiedy mam pracowac. ja chce do konca wrzesnia, a potem chcialabym wziac… miesiac urlopu. mam zalegle 3.5 miesiaca za ostatnie 4 lata, z czego miesiac za nadgodziny. ale taka swinia nie bede;) tylko miesiac sie pobycze. a wlasciwie… przygotuje do nowej pracy. bo immunologie musze od podstaw powtorzyc. a to jest kobylka;)

teraz jeszcze zostal mi ordynator. w piatek wroci ze Stanow. on za mna plakac nie bedzie;)

koniec czeskiej sielanki

skrocilismy nasz pobyt w Czechach, bo… no coz, uroki, a raczej zapachy ”wsi spokojnej, wsi wesolej” nas przerosly. nie wiemy, czy szambo bylo pelne i wlasciciel sobie to olal, czy cos z kanalizacja nie tak, ale trzeciego ranka, gdy otworzylam drzwi do lazienki, malo nie padlam. smrod kanalizacyjny mnie ”ogluszyl”. okno w lazience zabite, wentylacji nie bylo. otworzylam wiec na osciez drzwi od lazienki i drzwi wejsciowe, pozamykalam drzwi do sypialni i jadalni/kuchni i liczylam na to, ze jakos uda mi sie ze smrodem wygrac. wykapalismy sie przy takiej naturalnej wentylacji, smrod jakby zelzal, poszlismy w gory, debatujac co dalej. po kolejnych dwohc smierdzacych porankach i zalatwianiu potrzeb w tempie ekspresowym, z zatkanym nosen, stwierdzilismy, ze trzeba pobyt w Czechach zakonczyc. tym bardziej, ze wlasciciel nawet nie raczyl zareagowac na nasza wiadomosc. olal nas. no coz, wysmaruje mu taka opinie na internecie, ze mam nadzieje, ze juz nikt inny nie skusi sie na ten domek.

a szkoda. bo domek byl bardzo ladny. trzy duze sypialnie, piekna jadalnia, duzy ogrod. i pianino. pianino z takim tembrem, ze az kusilo, zeby cos zagrac. jako ze ostatni raz z nut gralam jakies 35 lat temu, musialam sobiw przypomniec, to i owo, ale pamiec dlugotrwala jest niesamowita. po jednym popoludniu zabrzdakalam na dwie rece. Szkrab przysiadl i po kilku sesyjkach, zagralismy prosta, jakas czeska melodie, na cztery rece. dla Bizona to byla pestka; pare razy sam z siebie zasiadl, zeby pograc. az nabralam ochoty na zakup pianina;) ale daruje sobie. nie mam na to czasu… Bizonowi na skrzypcach juz sie nie chce grac, a Szkrab watpie, ze zaczalby systematycznie cwiczyc.

wrocilismy do rodzicow. rodzice nad morzem, wiec caly ich dom i ogrod jest do naszej dyspozycji. wiec tez sobie odpoczniemy.

co ciekawe, pies tez nie zbyt komfortowo czul sie w Czechach – slabo jadl, malo pil… a wczoraj w nocy, o 3, zaczal wedrowke po domu. obudzil Szkraba, obudzil nas… noe mogl spac. pierwszy raz taki numer nam wykrecil. wrocilismy do rodzicow, pies odzyskal apetyt. i spi caly wieczor.

wakacje w Czechach

w tym roku na ostatnia chwile rezerwowalam ”cos” na wakacje. zrezerwowalam domek na takiej wsi, gdzieco rano pieja koguty, gdzie wiecej owiec niz samochodow, po prostu ”wsi spokojna, wsi wesola”. nawet sklepu czy kiosku nie ma. i dobrze. spokoj, o ktorym marzylam.

ogrod dziki, ale palenisko jest. pojechaly chlopaki do lasu i nazbieraly suchych galezi i juz drugi wieczor z rzedu chlopaki, a szczegolnie Szkrab, ekscytuja sie ogniskiem. ciesze sie, ze potrafia sie jeszcze ekscytowac czyms innym niz szklanym ekranem…

ogrod jest ogrodzony, wiec psa puszczamy luzem, a ten… jak nigdy pilnuje nas bardzo. jakby sie bal, ze go mozemy zostawic. choc… jego ciekawski charakter zwyciezyl tego ranka. siedzialam w ogrodzie, pilam kawe i czytalam ksiazke. a pies lezal w cieniu, tuz obok mnie. w pewnym momencie tak katem oka widze, ze za plotem, u sasiadow biega pies. hm, nie zauwazylam wczesniej, zeby sasiedzi mieli psa, pomyslalam. skoczylam mysl i rzucilam okiem, coz to za pies. ku mojemu ogromnemu zdziwieniu byl to nasz pies. podskoczylam, zawolalam, ale psisko nawet nie spojrzalo na mnie, wbieglo sobie do cudzego domu, radosnie merdajac ogonem. pognalam wiec do sasiadow. w tym czasie psisko potruchtalo nad strumyczek i rzucajac usmiechami na lewo i prawo, dreptalo dalej. w koncu zawolalam najslodszym glosem, jak tylko potrafilam: smaczne, smaczneeeee, smaczne, szukaj, szukaj…. no i przygnal skubaniec. bo na smaczne na ogol przybiegnie. dostal smaczka i od razu zostal przypiety na smycz. bo choc mamy i czipa i obroze z nr. telefonu, to jednak wolalabym, zeby sie psisko na tejze wsi nie zgubilo.

sam domek jest przepiekny, ale przydalby mu sie remont. i niestety, brakuje tu kobiecej reki, smie twierdzic. bo nasz pobyt rozpoczelam od wyszorowania lazienki, w ktorej wanna i zlew… byly szarobura:/ dopiero po wysterylizowaniu tejze lazienki bylam w stanie rozpoczac odpoczynek.